› Bestlookery

W październiku 1974 roku Georges Perec zasiadł przy kawiarnianym stoliku na Place Saint Sulpice z twardym postanowieniem, że będzie notował wszystko, co zobaczy i usłyszy. Po kilku dniach powstała niewielka książeczka pt. Tentative d’épuisement d’un lieu parisien. Czterdzieści lat później Franczak i Kaliński decydują się powtórzyć eksperyment francuskiego pisarza. Czy uda im się wyczerpać to ludne i gwarne miejsce w sercu Paryża? A może sama idea eksperymentu uległa wyczerpaniu?

 

Właśnie dlatego, że to jest od początku wyczerpujące – trzeba próbować wyczerpać.

Właśnie dlatego, że to jest beznadziejne – należało zmienić Pereca na straży na placu Saint-Sulpice w Paryżu.

Właśnie dlatego, że plac jest niewyczerpalny – wyczerpanie się dokonało.

Właśnie dlatego, że uważaliśmy plac za niewyczerpalny – wyczerpanie nie dokonało się. 
 
Właśnie teraz albo nigdy należy wymyślić słowo « niewyczerpanie ». 
 
Właśnie dlatego, że dokonało się/ nie dokonało się jeszcze i zawsze – ponownie podjęta została próba wyczerpania. 
 
Właśnie z powodów wyżej wymienionych – to wyczerpanie jest odtworzeniem. 
 
Jacques Jouet
 

 

En octobre 1974, Georges Perec s’asseoit à la table d’un café de la Place Saint-Sulpice, décidé à noter tout ce qu’il verra et entendra. Un petit livre intitulé Tentative d’épuisement d’un lieu parisien en résultera quelques jours plus tard. Quarante ans après, Franczak et Kaliński entreprennent de renouveler l’expérience de l’écrivain français. Parviendront-ils à épuiser ce lieu bondé et fourmillant situé en plein cœur de Paris ? Peut-être encore est-ce tout bonnement l’idée d’expérience qui s’est épuisée ?

 

C’est parce que c’est d’avance épuisant qu’il faut tenter d’épuiser.

C’est parce que c’est désespéré qu’il fallait relever la sentinelle Perec place Saint-Sulpice à Paris.

C’est parce que la place est inépuisable que l’épuisement est accompli.

C’est parce qu’on avait cru la place épuisable que l’épuisement est inaccompli.

C’est le moment ou jamais d’inventer le mot « inépuisement ».

C’est parce que c’est accompli/inaccompli encore et toujours qu’a été remise sur le métier la tentative d’épuisement.

C’est parce que tout ce qui précède que cet épuisement est une reconstitution.

Jacques Jouet

 

"Wyczerpanie" to rezultat interesującego doświadczenia artystycznego, będącego powtórzeniem pomysłu Georges'a Pereca. W 1974 r. Francuz, szacowny kronikarz codzienności i apologeta katalogowania pustki, podjął się próby językowego oddania paryskiego żywiołu: co dzień zasiadał w określonej kawiarni na określonym placu i skrupulatnie odnotowywał to, co dostawał od zmysłów, po prostu. I tak powstało "Tentative d'épuisement d'un lieu parisien". (...) Eksperyment, niczym prawdziwy eksperyment, przynosi pozytywne konsekwencje poznawcze: samo postanowienie spisania tego, co dzieje się wokół, i podjęcie tego wysiłku ujawnia zjawiska, które nigdy wcześniej, czyli w warunkach nieeksperymentalnych, nie były postrzegane: nagle wyrasta gdzieś niedopałek, błyska cekin na damskiej torebce, ujawnia się żółte pudełko papierosów albo pieprzyk na karku kelnera. Innym skutkiem eksperymentu jest to, że Franczak oczywiście w końcu zaczyna się nudzić i - rzecz interesująca - już trzeciego dnia wybucha jego wyobraźnia, jak gdyby nie mogła wytrzymać reportażowego realizmu, i rozpoczyna się bieg skojarzeń, zagadkowych i zupełnie nieparyskich. Podobna ucieczka w coś innego niż to, co się faktycznie dzieje na Place Saint-Sulpice, ma miejsce w ostatnich dniach eksperymentu: tym razem jest to wejście w historię placu, legendę i anegdotę.

http://niedramatyzujmy.blogspot.com/2015/05/jerzy-franczak-pio-kalinski-wyczerpanie.html

« Wyczerpanie/ Epuisement (2015)

W październiku 1974 roku Georges Perec zasiadł przy kawiarnianym stoliku na Place Saint Sulpice z twardym postanowieniem, że będzie notował wszystko, co zobaczy i usłyszy. Po kilku dniach powstała niewielka książeczka pt. Tentative d’épuisement d’un lieu parisien. Czterdzieści lat później Franczak i Kaliński decydują się powtórzyć eksperyment francuskiego pisarza. Czy uda im się wyczerpać to ludne i gwarne miejsce w sercu Paryża? A może sama idea eksperymentu uległa wyczerpaniu?

 

Właśnie dlatego, że to jest od początku wyczerpujące – trzeba próbować wyczerpać.

Właśnie dlatego, że to jest beznadziejne – należało zmienić Pereca na straży na placu Saint-Sulpice w Paryżu.

Właśnie dlatego, że plac jest niewyczerpalny – wyczerpanie się dokonało.

Właśnie dlatego, że uważaliśmy plac za niewyczerpalny – wyczerpanie nie dokonało się. 
 
Właśnie teraz albo nigdy należy wymyślić słowo « niewyczerpanie ». 
 
Właśnie dlatego, że dokonało się/ nie dokonało się jeszcze i zawsze – ponownie podjęta została próba wyczerpania. 
 
Właśnie z powodów wyżej wymienionych – to wyczerpanie jest odtworzeniem. 
 
Jacques Jouet
 

 

En octobre 1974, Georges Perec s’asseoit à la table d’un café de la Place Saint-Sulpice, décidé à noter tout ce qu’il verra et entendra. Un petit livre intitulé Tentative d’épuisement d’un lieu parisien en résultera quelques jours plus tard. Quarante ans après, Franczak et Kaliński entreprennent de renouveler l’expérience de l’écrivain français. Parviendront-ils à épuiser ce lieu bondé et fourmillant situé en plein cœur de Paris ? Peut-être encore est-ce tout bonnement l’idée d’expérience qui s’est épuisée ?

 

C’est parce que c’est d’avance épuisant qu’il faut tenter d’épuiser.

C’est parce que c’est désespéré qu’il fallait relever la sentinelle Perec place Saint-Sulpice à Paris.

C’est parce que la place est inépuisable que l’épuisement est accompli.

C’est parce qu’on avait cru la place épuisable que l’épuisement est inaccompli.

C’est le moment ou jamais d’inventer le mot « inépuisement ».

C’est parce que c’est accompli/inaccompli encore et toujours qu’a été remise sur le métier la tentative d’épuisement.

C’est parce que tout ce qui précède que cet épuisement est une reconstitution.

Jacques Jouet

 

"Wyczerpanie" to rezultat interesującego doświadczenia artystycznego, będącego powtórzeniem pomysłu Georges'a Pereca. W 1974 r. Francuz, szacowny kronikarz codzienności i apologeta katalogowania pustki, podjął się próby językowego oddania paryskiego żywiołu: co dzień zasiadał w określonej kawiarni na określonym placu i skrupulatnie odnotowywał to, co dostawał od zmysłów, po prostu. I tak powstało "Tentative d'épuisement d'un lieu parisien". (...) Eksperyment, niczym prawdziwy eksperyment, przynosi pozytywne konsekwencje poznawcze: samo postanowienie spisania tego, co dzieje się wokół, i podjęcie tego wysiłku ujawnia zjawiska, które nigdy wcześniej, czyli w warunkach nieeksperymentalnych, nie były postrzegane: nagle wyrasta gdzieś niedopałek, błyska cekin na damskiej torebce, ujawnia się żółte pudełko papierosów albo pieprzyk na karku kelnera. Innym skutkiem eksperymentu jest to, że Franczak oczywiście w końcu zaczyna się nudzić i - rzecz interesująca - już trzeciego dnia wybucha jego wyobraźnia, jak gdyby nie mogła wytrzymać reportażowego realizmu, i rozpoczyna się bieg skojarzeń, zagadkowych i zupełnie nieparyskich. Podobna ucieczka w coś innego niż to, co się faktycznie dzieje na Place Saint-Sulpice, ma miejsce w ostatnich dniach eksperymentu: tym razem jest to wejście w historię placu, legendę i anegdotę.

http://niedramatyzujmy.blogspot.com/2015/05/jerzy-franczak-pio-kalinski-wyczerpanie.html

"Kwiatki" zaczynają się tam, gdzie kończyły się "Grawitacje" (Wydawnictwo Rita Baum, Wrocław 2007). Kwitły one co miesiąc w "Mrówkojadzie", wysiały się też na stronie Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza, a część z nich zawędrowała na łamy "Twórczości". Ilustracje pochodzą z okresu późniejszego. Sześcioletnia Sonia nie zgodziła się na przedruk starych rysunków ("tato, przecież zmieniła mi się kreska!").Ja z kolei starałem się powściągnąć swoje ambicje ogrodnicze: żadnego przycinania, wyrównywania grządek, zero sztucznych nawozów. Pozostawiłem ten "hortus rerum" w stanie naturalnego chaosu i rozplenienia.

(J.F. - nota promocyjna)

 

Widoczny będzie inny tryb wypowiedzi na przykład wtedy, gdy rozważał będzie Franczak kwestie związane z dzieciństwem, problemami z różnicą perspektyw dziecka i dorosłego, skomplikowany tryb przedstawiania problemów religijnych, spraw tzw. ostatecznych i tym podobnych. Te właśnie refleksje, gdyby pojawiły się w innym miejscu, w towarzystwie innych obrazków, bądź w innej konwencji trudno by było przyjąć bez powściągliwości. Tutaj, gdy sytuacja komunikacyjna jest zupełnie wyjątkowa, autorowi to uchodzi, więcej: czytelnik może być naprawdę urzeczony. Krótkie wakacje Franczaka – chwilowe odsunięcie powieściowych skomplikowań i niełatwych, choć w innym sensie, zagadnień – są więc okazją do innego spojrzenia na tekst, jego funkcje i możliwości. Czułość, z jaką opisuje zdarzenia (czy autentyczne, czy zmyślone – to nie ma dla mnie większego znaczenia), w których bierze udział ze swoim dzieckiem, jest naprawdę ujmująca. Właśnie – czułość, fascynacja rosnącym dzieckiem i samą z nim relacją, nie zaś obustronna infantylizacja i nudne zachwyty. 

Olga Szmidt

Mrówkojad 55/ 2011

http://www.lokatormedia.pl/?p=432

« Kwiatki (2011)

"Kwiatki" zaczynają się tam, gdzie kończyły się "Grawitacje" (Wydawnictwo Rita Baum, Wrocław 2007). Kwitły one co miesiąc w "Mrówkojadzie", wysiały się też na stronie Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza, a część z nich zawędrowała na łamy "Twórczości". Ilustracje pochodzą z okresu późniejszego. Sześcioletnia Sonia nie zgodziła się na przedruk starych rysunków ("tato, przecież zmieniła mi się kreska!").Ja z kolei starałem się powściągnąć swoje ambicje ogrodnicze: żadnego przycinania, wyrównywania grządek, zero sztucznych nawozów. Pozostawiłem ten "hortus rerum" w stanie naturalnego chaosu i rozplenienia.

(J.F. - nota promocyjna)

 

Widoczny będzie inny tryb wypowiedzi na przykład wtedy, gdy rozważał będzie Franczak kwestie związane z dzieciństwem, problemami z różnicą perspektyw dziecka i dorosłego, skomplikowany tryb przedstawiania problemów religijnych, spraw tzw. ostatecznych i tym podobnych. Te właśnie refleksje, gdyby pojawiły się w innym miejscu, w towarzystwie innych obrazków, bądź w innej konwencji trudno by było przyjąć bez powściągliwości. Tutaj, gdy sytuacja komunikacyjna jest zupełnie wyjątkowa, autorowi to uchodzi, więcej: czytelnik może być naprawdę urzeczony. Krótkie wakacje Franczaka – chwilowe odsunięcie powieściowych skomplikowań i niełatwych, choć w innym sensie, zagadnień – są więc okazją do innego spojrzenia na tekst, jego funkcje i możliwości. Czułość, z jaką opisuje zdarzenia (czy autentyczne, czy zmyślone – to nie ma dla mnie większego znaczenia), w których bierze udział ze swoim dzieckiem, jest naprawdę ujmująca. Właśnie – czułość, fascynacja rosnącym dzieckiem i samą z nim relacją, nie zaś obustronna infantylizacja i nudne zachwyty. 

Olga Szmidt

Mrówkojad 55/ 2011

http://www.lokatormedia.pl/?p=432

Ta książeczka ukazała się w nakładzie 500 egzemplarzy. 500 osobom, które wejdą w jej posiadanie, reszta świata może już zacząć zazdrościć. Czarno-białe "Pacynki" Jerzego Franczaka (tekst) i PIOtra Kalińskiego (grafika) wydane zostały przez kazimierski klub Lokator. Za skrzydełkiem okładki autorzy schowali definicję: "Pacynka - krótki utwór prozą, zwykle nakładany na palec przez czytelnika. Pacynki często łączą się w serie 12 utworów, po sześć na każdą rękę". I choć zamieszczone na okładkach książki portrety dłoni Franczaka i Kalińskiego palców mają klasycznie po pięć, wewnątrz znajdziemy 12 historyjek.

Jest wśród nich np. opowieść o długonosym królu bez rączek (bo "królowie, jak wiadomo, dzielą się na długonosych i krótkowłosych. Ci ostatni rozpadają się na mniejsze podgrupy: jajogłowych, lewoskrętnych i czerwonoskrzydłych"). Albo o "strasznie brzydkiej królowej z torbą na głowie", której małżonek - król Baltazar - był władcą "mądrym i sprawiedliwym, choć okrutnym i nieobliczalnym", w związku z czym skazywał swych dworzan na śmierć w męczarniach za kichnięcie lub przejęzyczenie, aż do maltretowania zostały mu w końcu tylko muchy i karaluchy. Tudzież o "dwugłowej kaczce, która chciała zostać królem, ale łeb jej urwali", co zasadniczo nie powinno budzić w czytelnikach niepokoju, bo "rzecz dokonała się z zachowaniem wszelkich demokratycznych procedur i na bajkę nie nadaje się".

Krótko mówiąc, autorzy "Pacynek" okazali się pilnymi uczniami takich mistrzów absurdu jak Roland Topor czy Alfred Jerry, którym zresztą klub Lokator poświęcił już niejedną odlotową imprezę. Na dodatek ich książeczka jest tak dopieszczona edytorsko, że każdy bibliofil bez wątpienia na jej punkcie zwariuje, gdy tylko poczuje w palcach szorstką grubość kartek, a nozdrzami wciągnie piękny zapach świeżo zadrukowanego papieru.


Małgorzata I. Niemczyńska
Gazeta Wyborcza, 19.01.2010

 

 

 

W bajkowych utworach Jerzego Franczak i w pochodzących z innej konwencji obrazkach PIOtra Kalińskiego niemal wszystkie postaci cierpią na rozmaite braki. Mamy tu długonosego króla bez rączek, piękną królewnę, która straciła głowę czy ślepego mesjasza bez nóżek. Mamy też karkołomny język, urzekające grafiki i władzę, jaką dają na autorzy. Pacynka to bowiem utwór, jak czytamy w fingowanej definicji ze Słownika terminów literackich, nakładany na palec przez czytelnika.

 

Olga Szmidt

Mrówkojad 1/ 2011

http://www.lokatormedia.pl/?category_name=recenzje&paged=2

 

Chciałabym rozpropagować żartobliwy gatunek prozatorski, zupełnie świeżutki i niepewny jeszcze swej przyszłości, a stworzony przez dwóch krakowskich artystów (literata i grafika) Jerzego Franczaka i PIOtra Kalińskie­go. Chodzi o pacynkę – „krótki utwór prozą, zwykle nakładany na palec przez czytelnika. Pacynki często łączą się w serie dwunastu utworów, po sześć na każdą rękę”[16] – jak podają autorzy za, nieistniejącym najprawdopodobniej,Słownikiem terminów literackich. Każda pacynka ma tytuł zbudowany według schematu: o kimś, który coś zrobił, lub: o kimś, któremu coś się stało, ewentualnie: o kimś, kto jest jakiś, np. O pięknej królewnie, która straciła głowę, O Aleksandrze, który straszył dzieci płaskostopiem, O kotku z wielką dziurą w brzuszku. Taka forma tytułów nawiązuje oczy­wiście do tytułów bajek. Bajkowych wyznaczników jest w pacynkach więcej: bohaterowie to często królowie lub księżniczki albo zwierzęta bądź dziwolągi (kotek z wielką dziurą w brzuszku, długonosy król bez rączek, strasznie brzydka królowa), wiele w nich elementów makabrycznych jak w prawdziwych baśniach. Co więcej wiele pacynek zaczyna się od baśniowego „dawno, dawno temu”. Sam Jerzy Franczak przyznał, że Pacynki to zbiór „malutkich opowiastek utrzymanych w konwencji bajkowej”. Nie są to jednak bajki z morałem ani bajeczki do czytania dzieciom przed snem. Tworzenie pacynki, o ile mogę się pokusić o jedno z pierwszych opisów tego gatunku, polega na tym, by znane bajkowe schematy i dziecięcą prostotę opowiadania okrasić elementami ze świata dorosłych, przez co obydwie te sfery odkrywają swoją dziwność, nonsensowność i drwią z siebie nawzajem. I jeszcze tak to zrobić, by zbudować nastawienie czytelnika na jakiś morał, jakąś naukę, a potem pokazać mu figę. Bo pacynka powinna się wydawać opowiastką „pozbawioną drugiego dna i głębszego sensu”. Powtarzalność, a zarazem nieograniczona wymienialność elementów pacynek sprawia, że i one stwarzają możliwość twórczych kontynuacji. 

Aleksandra Jastrzębska

http://www.fragile.net.pl/home/wolne-zarty-czyli-o-zartobliwych-gatunkach-literackich/

« Pacynki (2009)

Ta książeczka ukazała się w nakładzie 500 egzemplarzy. 500 osobom, które wejdą w jej posiadanie, reszta świata może już zacząć zazdrościć. Czarno-białe "Pacynki" Jerzego Franczaka (tekst) i PIOtra Kalińskiego (grafika) wydane zostały przez kazimierski klub Lokator. Za skrzydełkiem okładki autorzy schowali definicję: "Pacynka - krótki utwór prozą, zwykle nakładany na palec przez czytelnika. Pacynki często łączą się w serie 12 utworów, po sześć na każdą rękę". I choć zamieszczone na okładkach książki portrety dłoni Franczaka i Kalińskiego palców mają klasycznie po pięć, wewnątrz znajdziemy 12 historyjek.

Jest wśród nich np. opowieść o długonosym królu bez rączek (bo "królowie, jak wiadomo, dzielą się na długonosych i krótkowłosych. Ci ostatni rozpadają się na mniejsze podgrupy: jajogłowych, lewoskrętnych i czerwonoskrzydłych"). Albo o "strasznie brzydkiej królowej z torbą na głowie", której małżonek - król Baltazar - był władcą "mądrym i sprawiedliwym, choć okrutnym i nieobliczalnym", w związku z czym skazywał swych dworzan na śmierć w męczarniach za kichnięcie lub przejęzyczenie, aż do maltretowania zostały mu w końcu tylko muchy i karaluchy. Tudzież o "dwugłowej kaczce, która chciała zostać królem, ale łeb jej urwali", co zasadniczo nie powinno budzić w czytelnikach niepokoju, bo "rzecz dokonała się z zachowaniem wszelkich demokratycznych procedur i na bajkę nie nadaje się".

Krótko mówiąc, autorzy "Pacynek" okazali się pilnymi uczniami takich mistrzów absurdu jak Roland Topor czy Alfred Jerry, którym zresztą klub Lokator poświęcił już niejedną odlotową imprezę. Na dodatek ich książeczka jest tak dopieszczona edytorsko, że każdy bibliofil bez wątpienia na jej punkcie zwariuje, gdy tylko poczuje w palcach szorstką grubość kartek, a nozdrzami wciągnie piękny zapach świeżo zadrukowanego papieru.


Małgorzata I. Niemczyńska
Gazeta Wyborcza, 19.01.2010

 

 

 

W bajkowych utworach Jerzego Franczak i w pochodzących z innej konwencji obrazkach PIOtra Kalińskiego niemal wszystkie postaci cierpią na rozmaite braki. Mamy tu długonosego króla bez rączek, piękną królewnę, która straciła głowę czy ślepego mesjasza bez nóżek. Mamy też karkołomny język, urzekające grafiki i władzę, jaką dają na autorzy. Pacynka to bowiem utwór, jak czytamy w fingowanej definicji ze Słownika terminów literackich, nakładany na palec przez czytelnika.

 

Olga Szmidt

Mrówkojad 1/ 2011

http://www.lokatormedia.pl/?category_name=recenzje&paged=2

 

Chciałabym rozpropagować żartobliwy gatunek prozatorski, zupełnie świeżutki i niepewny jeszcze swej przyszłości, a stworzony przez dwóch krakowskich artystów (literata i grafika) Jerzego Franczaka i PIOtra Kalińskie­go. Chodzi o pacynkę – „krótki utwór prozą, zwykle nakładany na palec przez czytelnika. Pacynki często łączą się w serie dwunastu utworów, po sześć na każdą rękę”[16] – jak podają autorzy za, nieistniejącym najprawdopodobniej,Słownikiem terminów literackich. Każda pacynka ma tytuł zbudowany według schematu: o kimś, który coś zrobił, lub: o kimś, któremu coś się stało, ewentualnie: o kimś, kto jest jakiś, np. O pięknej królewnie, która straciła głowę, O Aleksandrze, który straszył dzieci płaskostopiem, O kotku z wielką dziurą w brzuszku. Taka forma tytułów nawiązuje oczy­wiście do tytułów bajek. Bajkowych wyznaczników jest w pacynkach więcej: bohaterowie to często królowie lub księżniczki albo zwierzęta bądź dziwolągi (kotek z wielką dziurą w brzuszku, długonosy król bez rączek, strasznie brzydka królowa), wiele w nich elementów makabrycznych jak w prawdziwych baśniach. Co więcej wiele pacynek zaczyna się od baśniowego „dawno, dawno temu”. Sam Jerzy Franczak przyznał, że Pacynki to zbiór „malutkich opowiastek utrzymanych w konwencji bajkowej”. Nie są to jednak bajki z morałem ani bajeczki do czytania dzieciom przed snem. Tworzenie pacynki, o ile mogę się pokusić o jedno z pierwszych opisów tego gatunku, polega na tym, by znane bajkowe schematy i dziecięcą prostotę opowiadania okrasić elementami ze świata dorosłych, przez co obydwie te sfery odkrywają swoją dziwność, nonsensowność i drwią z siebie nawzajem. I jeszcze tak to zrobić, by zbudować nastawienie czytelnika na jakiś morał, jakąś naukę, a potem pokazać mu figę. Bo pacynka powinna się wydawać opowiastką „pozbawioną drugiego dna i głębszego sensu”. Powtarzalność, a zarazem nieograniczona wymienialność elementów pacynek sprawia, że i one stwarzają możliwość twórczych kontynuacji. 

Aleksandra Jastrzębska

http://www.fragile.net.pl/home/wolne-zarty-czyli-o-zartobliwych-gatunkach-literackich/

>> Zobacz fragment (PDF)


Bohaterowie zapraszają na wędrówkę mrocznymi zaułkami Kazimierza – po barach, placach i uliczkach. Gdzieś tutaj przemyka się Ikar, który uciekł z jednego z tekstów (ukłon w stronę Queneau), tu właśnie czai się detektyw śledzący Ikara i autor, który nie może przeciwdziałać nieuchronnemu upadkowi swego bohatera. To zręcznie i ciekawie napisane lekkie fragmenty prozy.


Marta Dworzak, Gazeta Wyborcza 18-19. 12. 2004.

« Algi, kalki, zębatki, (2004)

>> Zobacz fragment (PDF)


Bohaterowie zapraszają na wędrówkę mrocznymi zaułkami Kazimierza – po barach, placach i uliczkach. Gdzieś tutaj przemyka się Ikar, który uciekł z jednego z tekstów (ukłon w stronę Queneau), tu właśnie czai się detektyw śledzący Ikara i autor, który nie może przeciwdziałać nieuchronnemu upadkowi swego bohatera. To zręcznie i ciekawie napisane lekkie fragmenty prozy.


Marta Dworzak, Gazeta Wyborcza 18-19. 12. 2004.