› Texty

"Sainte-Fabeau" › Czytaj fragment

Świtało już, gdy dojeżdżałem do Sainte-Fabeau. Po wzgórzach rozlewał się delikatny blask. W oddali majaczyły mury miejskie. Różowiły się dachy kamienic, błyszczała wieża katedry. Godzina była świeża i pastelowa, a ja czułem się lekko.

Bez wyraźnego powodu zatrzymałem się na zakręcie, tuż obok mokradeł. Wyłączyłem silnik i łyknąłem resztkę ciepłego piwa. Pode mną lśniła droga zwinięta w serpentynę. Byłem trochę senny. Czułem, jak w moich żyłach krąży ze dwadzieścia mojito i parę kolorowych drinków. Mimo to byłem trzeźwy, widziałem wszystko z jasnością, a nawet, że tak powiem, widziałem na wskroś rzeczy. Dostrzegałem na przykład zarysy domów i winnic prześwitujące przez pobliskie wzniesienie. Zerknąłem do lusterka: na tylnym siedzeniu spała Yvette. Moja kochana Yvette… Chyba tak ma na imię?

Przez chwilę błysła mi myśl, że wiozę zupełnie obcą osobę. Ale nie, co za bzdurne podejrzenie! Przecież to ona, znamy się nie od dziś! W sensie ścisłym: od wczoraj. To asystentka profesora Arnauda. To ona w ostatniej chwili załatwiła rzutnik, a potem, gdy okazało się, że nikt nie przyszedł na wykład, puszczała mi slajdy z rodzinnymi zdjęciami, głównie z okopów Wielkiej Wojny, ale też z własnego dzieciństwa spędzonego w Wandei. W sumie było to trochę dziwne, ale ostatnio przestałem się czemukolwiek dziwić.

Tak, Yvette, nazwiska nie pamiętam. Nic dziwnego, za krótko się znamy. Przypadek połączył nas dwukrotnie. Po południu, po projekcji slajdów (pożegnaliśmy się zdawkowo i rozeszli, każde w swoją stronę) odkryłem, że dziewczyna dorabia w cukierni przy placu Auguste’a Blanqui’ego. Zobaczyłem ją przez witrynę i bez wahania wszedłem do środka. Zdążyła się przebrać – teraz zamiast eleganckiej sukienki miała na sobie dżinsowe ogrodniczki. Ucieszyła się na mój widok i poczęstowała mnie eklerkiem. Sama też napchała sobie czegoś do buzi. Wcinaliśmy ciastka, a ja miałem przy tym potężny wzwód. I jakoś tak się stało, że w chwilę potem poprosiła mnie o pomoc na zapleczu – na najwyższej półce stało fikuśne pudełko, którego nie mogła dosięgnąć – pomogłem jej, a gdy zszedłem z drabiny, zaczęliśmy się całować. Ot tak, bez ceregieli i bez słowa wyjaśnienia. Całowaliśmy się, schowani za szklaną gablotą z duserami, a Yvette co chwilę parskała śmiechem, odsuwała się ode mnie, wydłubywała spomiędzy zębów i wypluwała ziarenka sezamu. W końcu powiedziała, żebyśmy poszli na spacer, a ja zgodziłem się niechętnie. Wzięliśmy trochę ciastek i czekoladek na drogę. Zjedliśmy je w Parku Ludowym, a potem spacerowaliśmy po bulwarach, wzdłuż rzeki. Było mi mdło, palce lepiły mi się od lukru i czułem się jak bohater jakiegoś filmu widzianego w dzieciństwie.

Wtedy też odebrałem smsa od żony. Donosiła, że u niej wszystko w porządku i że niebawem się zobaczymy, a ja nie mogłem sobie przypomnieć, czy przyjechałem tu z nią czy bez niej… Zresztą, rozstaliśmy się jakiś czas temu. Odpisałem neutralnie, że do hotelu wrócę późno, ale tak czy siak odezwę się. Tymczasem Yvette wyciągnęła się na trawie. Zdjąłem marynarkę, założyłem okulary przeciwsłoneczne i położyłem się obok niej, tak że nasze ramiona się stykały. Po chwili powiedziała, że napiłaby się czegoś i że zna świetny lokal niedaleko za miastem, samochodem dotrzemy tam w kwadrans. To dawna kantyna oficerska, po wojnie przekształcona w stajnię, potem w urząd prefektury, niedawno urządzono w niej bistro. Przystałem na tę propozycję, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy.

Najpierw trzeba było wydostać się z miasta, co okazało się dość trudne. Na krętych, średniowiecznych uliczkach roiło się od przechodniów, na chodnikach stały stragany, riksze jeździły we wszystkich kierunkach naraz. W końcu przebiliśmy się do wysokich murów, będących chlubą miasta (zwanego we wszystkich przewodnikach małym Carcassonne). Brama miejska była tak wąska, że musiałem złożyć lusterka, żeby się w niej zmieścić, a mimo to zaklinowałem się. Yvette śmiała się nerwowym śmiechem, aż kilkakrotnie zerkałem na nią, by upewnić się, czy aby nie płacze. Dodałem gazu, auto drgnęło. Poczułem, że pojazd powoli rusza. Kamienne ściany szorowały o jego boki, blacha wyginała się, motor rzęził. W końcu wystrzeliliśmy na zewnątrz, na zwodzony most i dalej, na potężne rondo, po którym jeździły w kółko inne samochody. Patrząc w lusterko zauważyłem, że jakaś część, wiotka niby wstążka, powiewa za nami, furkocząc.

Lokal nosił nazwę Lazzarone i mieścił się w jednopiętrowym gmaszku, przypominającym zabudowania gospodarcze. We wnętrzu panował półmrok. Po obu stronach podłużnego budynku ciągnęły się boksy porozdzielane półprzezroczystym pleksi. W każdym znajdował się stolik, krzesła i umywalka. Szukaliśmy wolnego miejsca, gdy nagle Yvette wydała okrzyk radości i podbiegła do jakiegoś wesołego grona. Trzy dziewczyny, jeden chłopak – brunecik z fryzurą à la Mały Książę i wypielęgnowaną bródką. Dziewczyny nie wyróżniały się niczym; wszystkie wspierały brody na rękach i wpatrywały się w tego przystojniaka. Yvette przywitała się z nimi, całując każdego z osobna w usta. Wskazała na mnie palcem i coś powiedziała, podczas gdy ja wciąż stałem w progu, nie wiedząc, czy mam do nich dołączyć. Potem zbliżyła się do mnie i położyła mi dłonie na klatce piersiowej.

– Kochany… – rzekła cichutko, bawiąc się guzikiem koszuli. – To moi byli znajomi, dosiądę się do nich na momencik. Zresztą – tu obejrzała się – jest tylko jedno wolne krzesło. Zaczekasz na mnie?

Czułem się zawiedziony takim obrotem sprawy, ale zarazem podekscytowany – jej czułym gestem i tym niespodzianym „kochany” – skinąłem więc potakująco. Cały wieczór przesiedziałem przy barze, pijąc mojito z jakimś weteranem wojennym, adiutantem feldmarszałka Drieu, który opowiadał o koszmarze wojny okopowej. Myślałem o Yvette i cierpiałem katusze zazdrości, ale nie chciałem do niej iść, żeby nie dać tego po sobie poznać.

– Nauczyłem się pić mojito w Demi-Lune – bredził staruszek. – A wy co pijecie w waszym kraju? Pewnie coś na rozgrzewkę?

Żeby przełamać stereotyp i wyjść na światowca, odpowiedziałem, że w kraju dawno nie byłem, w ogóle pisarze nie mają ojczyzny, a ostatnio, mieszkając w Stawropolu, chętnie raczyłem się chazarską kaganatówką. Czym prędzej zamówiłem ten trunek u barmana, który udawał, że wie, o co chodzi (podczas gdy ja sam nie miałem pojęcia) i zaserwował nam wódkę z landrynkową oranżadą. Wypiliśmy tego kilka kolejek, za każdym razem krzywiąc się i stukając pustym stakanem o kontuar. W końcu pojawiła się Yvette. Włosy miała potargane i wyglądała naprawdę zjawiskowo.

– Idziemy?

Wyszliśmy z Lazzarone, trzymając się pod ramię jak stare małżeństwo. Otoczyła nas łagodna ciemność: wciąż trwała zmierzchowa pora.

– Dobrze się bawiłeś? – zagadnęła zdawkowo, jakby nieobecna.

– Gawędziłem z adiutantem – odrzekłem ze sztuczną prostotą. – Ciekawa figura.

– Chyba nie jesteś zazdrosny? – spytała, a widząc moją minę, smagnęła mnie filuternie apaszką i zawołała: – Ty głuptasie!

– No coś ty, nie jestem zazdrosny – skłamałem.

Poczułem nagły przypływ tkliwości. Spojrzałem na nią i pomyślałem, że oto być może kobieta mojego życia. Chciałam powiedzieć jej coś czułego, spojrzeć jej w twarz, przytulić, pocałować, wyznać, co czuję… Ale gdy zwróciłem się ku niej, nagle, w ułamku sekundy, ściemniło się – zupełnie jakby ktoś narzucił aksamitną płachtę na scenografię nocy. Zamrugałem i rozejrzałem się. Oboje staliśmy bez ruchu i patrzyliśmy, jak z mroku wynurzają się kształty: budynek bistro, ściana lasu, krzywa linia rozdzielająca firmament od ciemnoczekoladowych pagórków, aż wreszcie przez czerń nad naszymi głowami zaczęły przekłuwać się gwiazdy.

Yvette stała z zadartą głową i patrzyła w niebo.

– Znasz imiona gwiazd? Ja znam je doskonale. Kiedyś byłam z astronomem. Często oglądaliśmy niebo przez teleskop i on pokazywał mi wszystko.

Chwyciliśmy się za ręce i na wpół po omacku, jak para ślepców, dotarliśmy do auta. Ona od razu załadowała się do tyłu, zwinęła w kłębek i zasnęła. A ja ruszyłem w drogę powrotną, do Sainte-Fabeau. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że wciąż mam na nosie ciemne okulary. Zdjąłem je i odkryłem, że wcale nie jest tak ciemno, jak myślałem. Gdy chowałem okulary do schowka, znalazłem puszkę piwa. Otworzyłem ją i pociągnąłem łyk, nie puszczając kierownicy. Byłem doskonale trzeźwy, dar widzenia na wskroś nie opuszczał mnie, a nawet potęgował się: zboczyłem z drogi, jechałem na azymut, przecinałem pola i łąki, kierując się w stronę murów Sainte-Fabeau, których chwiejny obrys prześwitywał przez pejzaż z pierwszego planu.

W końcu wjechałem na wzniesienie i ujrzałem światła miasta; byliśmy naprawdę blisko. Zjechałem i przystanąłem u stóp wzgórza, obok mokradeł, o których opowiadał profesor Arnaud (mówił, że w dawnych czasach było to podobno miejsce, w którym kobiety pozbywały się dzieci, zwłaszcza małych dziewczynek; opowiadał też legendę o duszach niemowląt, które straciły tu życie, a ponieważ były nieochrzczone, nie mogą trafić do zaświatów i błądzą po trzęsawisku). Bagnisty teren zaczynał się tuż za zagajnikiem leszczyny. Patrzyłem w to miejsce i wydawało mi się, że ziemia paruje, niemal widziałem jej ciepłe wyziewy, podobne kłębkom waty.

Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, po co przyjechałem do Sainte-Fabeau, ale moją głowę też wypełniała mgła. Zrobiło się chłodniej, więc założyłem marynarkę.W jednej z kieszeni znalazłem plik kartek. Przejrzałem je; były to notatki do wykładu o tajnych stowarzyszeniach we wczesnym średniowieczu. No jasne, przecież przyjechałem z wykładem na Uniwersytet Tysiąclecia! Przypomniałem sobie wszystkie niedawne wydarzenia, odtworzyłem w pamięci trasę, którą przebyłem tego dnia: hotel, uczelnia, rynek, cukiernia, Lazzarone…

Na zakręcie błysnęły reflektory; w moją stronę zbliżał się policyjny radiowóz. Odruchowo poprawiłem fryzurę, zapiąłem też marynarkę. Tak czy inaczej, pomyślałem, wyglądam na poważnego człowieka.

Policjantów było dwóch – obaj niscy, korpulentni, pyzaci, w pełnym umundurowaniu (łącznie z czapkami i pałkami). Minęli mnie bez słowa i zajrzeli do samochodu, świecąc latarkami. Jeden załadował się do środka, wyglądało jakby szeptał coś Yvette na ucho. Machnął na drugiego i ten podszedł. Przez dłuższą chwilę tłoczyli się na tylnym siedzeniu mojego samochodu, tak że widziałem tylko dwa granatowe zadki. Żaby rechotały mechanicznie, ich skrzeczenie gęstniało w jednostajny hałas przypominający odgłos jakiejś maszynerii z kółkami zębatymi i łańcuchami. Bagienne opary przypominały dym. W końcu stróże porządku wygramolili się z samochodu i podeszli do mnie. Jeden z nich zapytał:

– Czy to pana pojazd?

– Mój – odrzekłem.

– Czy zna pan denatkę? – Wypalił drugi.

– Kogo? – Wytrzeszczyłem na niego oczy.

Spojrzeli po sobie, na zasadzie „znamy te wykręty”.

– Poproszę prawo jazdy.

– I dokumenty wozu.

Wyłuskałem z portfela dokumenty i podałem im. Nie wiem dlaczego, ale cała sytuacja bawiła mnie. Słowo „denatka” było tak mal à propos, tak nie na miejscu, że wcale nie wiało od niego grozą.

– Dowód rejestracyjny jest nieaktualny od…

– Od pięciu dni.

Zauważyłem, że mieli zwyczaj wpadać sobie w słowo, jeden kończył zdanie drugiego. Teraz pochylali się nad dokumentem, który oświetlali z dwóch stron latarkami i pociesznie marszczyli przy tym brwi.

– Zapomniałem o przeglądzie, jestem w podróży – próbowałem się wytłumaczyć, ale raczej niemrawo, z poczucia obowiązku, żeby nie pomyśleli sobie, że mi nie zależy… Tak naprawdę odczuwałem zmęczenie i obojętność.

– Nie, popatrz. Termin upłynął…

– Rok i pięć dni temu.

Jak na komendę podnieśli głowy i spojrzeli na mnie z niedowierzaniem. Ale zamiast zaświecić mi w oczy, co wydawało by się naturalnym odruchem, skierowali latarki na siebie, obracając je do pionu i w górę: zobaczyłem dwie krągłe facjaty, na których malowało się zdumienie.

– Chłopie, musisz się tym zająć.

– Musisz iść do urzędu.

– Do urzędu, zaraz z rana.

– Pierwszy raz widzę…

– Coś takiego.

Nagle oddali mi papiery, zasalutowali i ruszyli w stronę radiowozu.

– A ta dziewczyna… – zawołał jeden przez ramię.

– Tę dziewczynę przenieś tam – drugi wymierzył palec w ciemność.

– Znajdą was rano, a wtedy powiesz po prostu, że byliście na pikniku.

– Że było miło…

– A potem zdrzemnęliście się na chwilę.

– A gdy się obudziłeś…

– No właśnie, to się zdarza.

– Śmierć łóżeczkowa.

– Wyłóżeczkowanie.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jakby uzgadniali wersję wydarzeń albo szukali słów. W końcu równocześnie przytaknęli i znowu zwrócili się do mnie.

– Ziemia z niej wszystko wyciągnęła.

– Łono natury ją strawiło.

– Życie jest największym darem.

– Kto daje, ten odbiera.

Mourir, c’est partir un peu.

– Albo na odwrót.

I obaj znów zasalutowali – czubkiem palców dotknęli daszków, patrząc na mnie spode łba. A potem zrobili w tył zwrot, zapakowali się do radiowozu i ruszyli. Opony zabuksowały na żwirowatej drodze, a potem auto ruszyło przed siebie pomalutku i dostojnie. Na zakręcie błysnął kogut i zaczęła wyć syrena, co wydało mi się kompletnie niedorzeczne.

Reszta też nie trzymała się kupy, ale postanowiłem pójść za ich radą. Z tego, co pamiętam, Yvette przeszła na wyznaczone miejsce o własnych siłach, ale głowy nie dam, bo zmysły mąciła mi nieludzka senność. Gdy legliśmy na trawie, w okamgnieniu zasnąłem.

Zbudziły mnie głosy.

– No, nareszcie!

– Myślałem, że zapadł się pod ziemię!

I sztuczny śmiech mężczyzny, który udaje kobietę.

Podniosłem powieki i zobaczyłem nad sobą krągłe twarze żandarmów. Chciałem wstać, ale nie mogłem się poruszyć. Spostrzegłem, że połową ciała tkwię w rozmiękczonej ziemi. Dziewczyna obok też ugrzęzła, tak że widać było jedną nogę, jedną rękę, jedną pierś i głowę wystające z gleby. Wyglądała jak ofiara bestialskiego mordu, przepołowiona i porzucona w odludnym miejscu. Poza tym w ogóle nie przypominała Yvette: tlenione włosy, rozmazany makijaż, wulgarne rysy twarzy. W uszach ogromne kółka. Usta miała otwarte, chrapała.

– Yvette? – Wolną ręką dotknąłem jej ramienia, a ona otworzyła oczy i spojrzała na mnie nieprzytomnie.

W tym czasie policjanci zaczęli odstawiać jakieś upiorne przedstawienie. Jeden z nich zabrał apaszkę Yvette-nie-Yvette, założył ją sobie na głowę i zgarbił się, by wyglądać jak staruszka.

– Gdzieśśśś ty był? – zawołał wysokim, łamiącym się głosem i spektakularnie załamał ręce. – Szukaliśmy cię całą noc!

W tym czasie drugi stróż prawa wytrzasnął skądś dwie małe pomarańcze i wsadził je sobie pod mundur. Paradował tam i z powrotem, wypinając do przodu ten rachityczny biust, kręcąc tyłkiem i udając wielkie wzburzenie.

– Wiedziałam! – piszczał, wyrzucając w górę ręce. – Wiedziałam!

Ja za to nie wiedziałem, o co chodzi w tym mise en scène. Nie wiedziałem też, co powiedzieć, więc bąknąłem tylko:

– W ogóle nie znam tej pani.

Przerwali to swoje przedstawienie, stanęli na baczność i jęli bić brawo, jakby oklaskiwali mój występ. A potem sami się dwornie skłonili.

– Rozumie pan, to nasz obowiązek…

– Estetyczny.

– Ostatnie życzenie.

– Łabędzi śpiew.

A dalej wszystko potoczyło się szybko, jakby na fast forward. Policjanci odkopali nas i otrzepali, mnie zaprowadzili do furgonetki. Co się stało z dziewczyną – nie wiem, widziałem tylko, jak poprawiła sobie fryzurę, wygładziła sukienkę i ruszyła przed siebie, na przełaj, przez pole, a w jej ruchach znać było oburzenie i zranioną dumę. My zaś popędziliśmy w stronę Sainte-Fabeau. Słuchali szybkiej i gwałtownej muzyki, gnaliśmy przez miasteczko, a widok za oknem przypominał mi jakiś wideoklip.

I oto jestem na komendzie policji, w sali przesłuchań; oto siedzę na obrotowym krześle i próbuję się skupić na rozmowie. Od policjantów (którzy teraz objawiają mi się w nienagannie czarnych garniturach) dowiaduję się, że jestem oskarżony o morderstwo. Dziewczyna, która naprawdę miała na imię Solange, faktycznie nie żyje.

– Zmarła z wyziębienia.

– Hipotermia.

– Wilka dostała.

– Dlaczego jej nie przykryłeś? W samochodzie masz koc!

Nie wiem, co im odpowiedzieć. Nie wiem, jak im wytłumaczyć, że Yvette wcale nie zmarła. Nie wiem, co się ze mną stanie. Wiem tylko, że za chwilę trafię do celi, w której przyjdzie mi spędzić resztę życia. Co będę robił przez te wszystkie dni, miesiące, lata? Siedząc nieruchomo na obrotowym krześle i uśmiechając się do moich katów, wkładam ręce do kieszeni. Zanurzam je głębiej i czubkami palców sprawdzam, co tam jest. Jedna kieszeń jest pusta, jeśli nie liczyć okruszków. W drugiej wyczuwam owalny przedmiot, miękki i chłodny plastik. To jajko niespodzianka. Zastanawiam się, jaką zabawkę znajdę w środku (czekoladkę, niestety, już zjadłem), podczas gdy policjanci patrzą na mnie beznamiętnie, wykonując te same powolne gesty: luzują węzły krawatów, odpinają guziki na mankietach, zdejmują zegarki i kładą je na stole.

"NN" › czytaj fragment
„Da capo” › czytaj początek

Wchodzę do domu, to znaczy do domu rodziców, mam złamane serce, w ustach sucho, w głowie szum. Otwiera mi ojciec. Siwiejący, łysawy pan z wydatnym brzuszkiem. Tak, to mój ojciec, ten stary mężczyzna w ciężkiej wojskowej kamizelce z tysiącem kieszeni, które nie wiadomo, do  czego miałyby służyć. Z głębi mieszkania dobiega stłumiony bełkot telewizora. Zrzucam z ramienia torbę. — Czemu zawdzięczamy tę wizytę — pyta ojciec. Nie odpowiadam. Stoimy naprzeciw siebie, ojciec i ja, syn marnotrawny. Chcę porozmawiać z nim poważnie i szczerze, jak mężczyzna z mężczyzną. Chcę mu wyznać swoje winy, chcę mu opowiedzieć całe swoje spaprane życie. Chcę mu wszystko wybaczyć i zacząć od nowa. A on mówi rzeczowym tonem, jakby wydawał instrukcję: — Rozbierz się, umyj ręce i zjedz coś, a potem przyjdź do mnie. — I idzie do pokoju oglądać jakiś kryminał.

 

Siedzę na brzegu tapczanu, w samych majtkach, sparaliżowany strachem. Naprzeciw mnie łysy gość z wytatuowanym smokiem na szyi. Patrzy na mnie drwiąco i niedbale mierzy do mnie z pistoletu. Widziałem takie sceny setki razy, na filmach sensacyjnych, i ta myśl sprawia, że wszystko staje się nierzeczywiste. Facet odkłada broń i macha na Ewę, ta zaś szybko ubiera biustonosz, posłusznie podbiega do niego, kuca i przytula się do jego ramienia, zadzierając głowę i patrząc na niego czule. Wygląda, jakby błagała o litość dla mnie i w tym geście staje się nagle kimś innym, kimś zupełnie obcym: to nie Ewa, jaką znałem, to własność tego mężczyzny, jego laleczka, jego suczka, jego szparka. A ja trzęsę się ze strachu i myślę tylko o tym, czy uda mi się wyjść z tego cało, czy zaraz rozlegnie się strzał, a potem będzie ciemność i napisy końcowe. Te dwa obrazy wyznaczają granice mojego świata, to moja Ultima Thule, najdalszy ląd, za którym zaczyna się nicość. Ale obrazów jest więcej, dużo więcej, nieprzebrana mnogość, przepływają, łączą się, nakładają na siebie. To jakby sceny z innego życia, z życia, które skończyło się definitywnie, a ja patrzę na nie oczami umarłego. Widzę siebie samego w różnych sytuacjach, zaplątanego w ludzi i sprawy, ale to nie ja, to obcy, który podszywał się pode mnie przez całe lata.

 

Niedawno podglądałem Alicję i Basię. Przykucnąłem za zamkniętym straganem z warzywami i obserwowałem bramę. Po chwili pojawiły się. Basia wybierała się, jak co dzień, do przedszkola: dżinsowa spódniczka, różowa kurteczka, warkoczyki, plecak z Batmanem, palec w nosie… Alicja popędzała ją, mała była senna, marudna, nadąsana, nie chciała wsiadać do samochodu, potem szarpanina z pasami, które się zacinają, miałem je wymienić, ale nie zdążyłem… W sumie nic takiego, zwyczajny ranek, a jednak — brakowało tam mnie, a co gorsza, ten brak wcale nie przeszkadzał im normalnie funkcjonować. Świat beze mnie wcale nie był ułomny. Stałem dwadzieścia metrów dalej, przyczajony za drewnianą budą, i patrzyłem, pożerałem je wzrokiem, niewidzialny, choć obecny, i bezsilny, jak duch. Potem odjechały, a ja wyprostowałem się i powiedziałem sobie „no, dość tego”, ale nie ruszyłem się z miejsca.

 

Alicja z kremem do opalania w ręku, przykucnięta na brzegu koca: — Jesteś blady jak duch! — Jak duch? Chyba jak śmierć? — A nie „jak trup”? — Śmiejemy się oboje, po czym Alicja idzie do morza, ja zostaję, ktoś musi pilnować rzeczy. Leżę na brzuchu, żeby ukryć wzwód.

 

Alicja chodzi po mieszkaniu i śpiewa, w przelocie puszcza do mnie oko, ale kiedy próbuję ją objąć, odpycha mnie łagodnie i mówi: — Strasznie się śpieszę. — Dziś środa i Alicja idzie na basen, wiem dobrze, że za chwilę zacznie nerwowo przetrząsać komodę w poszukiwaniu czepka.

 

Alicja z mopem, wściekła, bo znowu nachlapałem w łazience. Ja siedzę przy komputerze i gram w Age of Empires. — Trzeba wymienić tę zasłonkę — krzyczę w głąb mieszkania, jakbym chciał się wytłumaczyć.

 

Alicja oddala się, w jednej ręce ma żółtą torbę, a w drugiej listę rzeczy do kupienia. Po chwili znika między regałami. Jesteśmy w Ikei. Siedzę przy wysokim aluminiowym stoliku, a obok, za grubą szybą, bawią się dzieci. Wspinają się po zjeżdżalni, skaczą, toną w wielobarwnych plastikowych kulkach. Wśród nich jest Basia, trochę boi się zjeżdżać, więc stoi z boku. Macha do mnie swoją dwuletnią rączką i mnie woła, ale szyba tłumi jej głos. Nie dociera do mnie ani jedno słowo, więc tylko uśmiecham się uspokajająco.

 

Ewa chce zażyć tabletki uspokajające, ale łapię ją za rękę, „nie rób tego”. Zamiera, zdziwiona, i patrzy na mnie tymi zielonymi oczyma, nie rozumie, co ja w ogóle i jakim prawem. A za chwilę zacznie się szarpanie, wyrywanie torebki, tabletki się rozsypią, szminka, zapalniczka, chusteczki, a potem, w tej szamotaninie, nagle przywrzemy do siebie i poczujemy swoją bliskość, i rzucimy się na siebie, i będziemy tarzać się po podłodze w ogólnym rozgardiaszu.

 

Bronię się przed rozgardiaszem, ustawiam, porządkuję, nic na to nie poradzę, taką mam naturę. Wiem, że wpoił mi to ojciec, na przykład to wieczorne składanie ubrań w kostkę, nic na to nie poradzę, rano jestem senny i lubię mieć ciuchy pod ręką, niewymięte. Książki przestawiam z półki na półkę, bo różnie je można zaklasyfikować, to samo dotyczy płyt i albumów ze zdjęciami. Lubię też, kiedy coś się kończy i można wyrzucić opakowanie, a często nawet na siłę dojadam jakiś jogurt, dopijam sok, żeby oczyścić przestrzeń. To samo dotyczy gazet, na ogół przerzucam je szybko i do kosza, wtedy dopiero oddycham z ulgą. Niestety, z przeszłością trudniej się uporać, nic się nie przedawnia, niczego nie da się wyrzucić na śmieci, wspomnienia natrętnie powracają i trzeba je przeżywać od nowa, i pisać o nich, po raz kolejny, i jeszcze raz, i jeszcze. A ja nie cierpię się powtarzać. Nie cierpię się powtarzać, ale pewne rzeczy domagają się, aby do nich wracać.

 

Wracam do pokoju i przyglądam się swemu dziełu. Zbudowałem bazę wojskową z drewnianych klocków, które dostaliśmy od wujka Waldka, stolarza. Baza jest prawie kwadratowa, sięga mi aż do kolan, a w środku wylądował helikopter z klocków lego, trochę wybrakowany, ale właśnie wrócił z niebezpiecznej misji w Sajgonie. Wojna trwa, Niemcy nie odpuszczają, ale więcej jest tych dzielnych zielonych żołnierzyków, oni są po naszej stronie i oni zwyciężą. Przydzielam im miejsca, układam ich w pozycjach bojowych, pewien wygranej, nie przeczuwając, co się za chwilę stanie. A za chwilę rozlegnie się dzwonek do drzwi, potem do mieszkania wtoczy się ojciec, ściągnie buty, zapyta: „Ty się jeszcze bawisz klockami?” i zburzy bazę jednym kopniakiem.

 

Emil ustala szczegóły akcji z Hulitem, swoim pieskiem, który jest bardzo groźny, mimo że odpadło mu jedno oko. Pójdą do pana Marka, kolegi taty ze Związku, bo pana Marka wszyscy się boją, i opowiedzą mu, co tata robi w domu, jaki jest zły, oni myślą, że jest dobry, a to nieprawda. To znaczy czasem jest dobry, ale rzadko, a my się i tak boimy… Hulit patrzy na chłopca beznamiętnym okiem i Emil nagle rozumie, że to wszystko bez sensu, ni mniej, ni więcej: wszystko jest bez sensu, wszystko, cały ten spisek, rozmowa z panem Markiem, ale też zabawy z Hulitem i kolekcja puszek, i klasery ze znaczkami, i chodzenie do szkoły, i marzenie o ucieczce, i płakanie. A kiedy wszystko jest bez sensu, na sercu robi się jakby lżej, na więcej można sobie pozwolić, na przykład można powiedzieć komuś, że ojciec umarł, a potem wysłuchiwać tych użalań, że biedny mały, półsierota, i śmiać się w duchu z dobrego kawału, albo kiedy ktoś zapyta: „Czy to jest twój tata?”, można odpowiedzieć: „Nie znam tego pana”.

 

To jest mój ojciec, ten brzuchaty pan z łysiną, z którym idę do knajpy pełnej artystów, idę z rozpaczą w sercu, bo znowu będę się nudził, będę siedział z nimi i patrzył, jak piją piwo, i rysował w zeszycie te serduszka z rączkami i nóżkami, które wszystkim bardzo się podobają.

 

To mój ojciec, ten facet golący się, obnoszący się po całym domu z nakremowaną twarzą i goniący nas z pędzlem, triumfująca męskość w dziurawych kalesonach.

 

To jest ojciec śpiący, chrapiący, chodzimy wokół niego na paluszkach, bo jak się zbudzi, będzie zły.

 

A to ojciec karzący, mówiący: „Wybierz sobie karę”, więcej mówić nie musi, bo wiadomo, że do wyboru jest dziesięć pasów na spodnie albo trzy na gołą dupę.

 

Ojciec chwalący się nami przed gośćmi. Emil i ja doskonale wiemy, na czym polega taka pokazowa tresura. Nakrywanie do stołu, gdzie ta woda, woda po lewej, po prawej alkohol! Baczność, spocznij, w której jesteś klasie? Powiedz wierszyk, nie było spocznij, powiedz ładnie jakiś wierszyk! Mów głośno i wyraźnie, a potem przynieś wódkę z lodówki!

 

Ojciec zamykający drzwi do pokoju, będzie puszczał gościom pornosa, taśmę trzyma w szufladzie biurka. A my instalujemy się przy drzwiach, żeby podglądać przez dziurkę od klucza te wszystkie erefenowskie piękności, szwargoczące coś namiętnie i goniące się z rosłymi blondynami po najzieleńszych łąkach.

 

Ojciec gotujący. Duszone wątróbki z cebulką przyprawiają nas o mdłości, ale musimy je zjeść, musimy pochwalić i oblizać się z apetytem.

 

Ojciec jako niemowlę. Leży mi na rękach, nie płacze, tylko patrzy wielkimi niebieskimi oczyma, a ja głaszczę go po rzadkich, jasnych włoskach. Pod ręką wyczuwam miękkie, delikatne miejsce — to ciemiączko, dziura w czaszce, przykryta kawałkiem skóry. Obok mnie, na tapczanie, leży pióro i przychodzi mi na myśl, że mógłbym wbić je… I że byłoby to coś w rodzaju zastrzyku z atramentu… On czyta w moich myślach, ale że nie umie jeszcze mówić, kręci przecząco głową, jakby chciał powiedzieć: „Nie rób tego, nie rób tego, nie rób tego”. Wtedy budzę się i zaraz po przebudzeniu wiem, że muszę to zrobić, muszę wszystko opisać, po kolei, muszę opisać to wszystko, czego nigdy nie powiem mu w oczy, bo jest stary i schorowany, a to mogłoby go zabić. A ja już w pewnym sensie nie żyję.

 

— Już nie żyjesz — cedzi przez zęby Arnold. Zapala sobie papierosa, a ja zauważam na jego przedramieniu serce przebite strzałą, atramentowy kontur, taką więzienną dziarę, a pod spodem te trzy litery: EWA. Robi mi się słabo, też zapalam papierosa, Ewa jest na karuzeli, złoty płomyk jej włosów łopocze na wietrze. W lewej ręce trzymam tego cholernego miśka, który gubi sierść, wygrałem go na strzelnicy, będę go niósł przez pół miasta, a potem, w domu, Alicja zapyta: — Był w firmie jakiś pluszak? A może pluszanka?

„Nieludzka komedia” › czytaj początek

ROZDZIAŁ PIERWSZY,

w którym będziecie świadkami ślubu i stypy,

a także zapoznacie się z moją bogatą osobowością.

 

W połowie drogi zgłodniałem, więc poszedłem do wagonu restauracyjnego. „WARS” – to brzmi jak okrzyk wojenny! I rzeczywiście, w pewnym sensie jestem na wojnie. Wkraczam pomiędzy stalowe stoliki, po bokach przesuwają się dekoracje – równina pofałdowana i parę drzew – a w oknach telepią się czerwone zasłonki. Za barem stoi znudzona dziewczyna, a że nie ma co robić, czyta etykietkę z wody mineralnej „Vita”. - Poproszę duże chipsy „Lays” z papryką – mówię, luzując krawat, a dziewczę pyta: - Z papryką? – Tak, z papryką. – „Lays?”. – Hmm. – Duże czy małe? – Mówiłem, że duże! Po chwili już chrupię te chipsy, wilgotne i bez smaku, biała koszula lepi mi się do pleców, a za oknem pustkowia, chaszcze, górki usiane domkami, tandetne patchworki łąk, pól i ugorów. I tak to będzie trwało, aż dziewczyna, nasycona kationami i anionami, odstawi butelkę z mineralną i chwyci za bułeczkę „Seven days croissant”, a ja zapewne wrócę do przedziału, w którym dwie panie z bachorem nudzą się i męczą, czytając paragony, porównując ceny, oglądając dowody osobiste. Dziecko będzie się wiercić, a jedna z nich, pewnie matka: - Nie wariuj! Szeptem suchym i ostrym, żeby zachować prywatność w miejscu publicznym. Na stacji Rzeszów kobiety wytarmoszą dziecko za uszy, że zeskoczyło ze stopni wagonu, ja też wysiądę i popędzę na autobus.

Tutaj należy wam się słowo wyjaśnienia: otóż jadę na ślub kuzynki. Jej narzeczony co prawda kochał się w drugiej kuzynce, ale ona wolała innego, tymczasem Krzysiek tyle już się nasiedział w domu Czekajów, tyle weekendów tam spędził, tyle przepustek, że mu szkoda było Aśki, że taka samotna. Znali się dobrze, więc sprowadził do minimum rytualne tańce godowe i wziął Aśkę w obecności rodziców za rękę i się oświadczył, ustalono datę ślubu, podział kosztów, listę gości i kto sprowadzi wódkę. Bo chociaż pan Czekaj, tata Aśki a mój wuj, handlował głównie fajkami, to wódkę też, czemu nie, po co przepłacać. Moi rodzice wymigali się chorobą, jak zwykle nie stanęli na wysokości zadania –  potrafią tylko wymagać od innych, ode mnie zwłaszcza – zresztą, mniejsza o to. Ja wpadłem na Aśkę i jej kochasia w krakowskim Empiku; tak mnie sterroryzowali, że przyjąłem zaproszenie. Poszliśmy na kremówki do cukierni i oni, zamiast zapytać mnie, co robię, jak żyję i kiedy się żenię, rozmawiali o kolorze baloników, jak dzielić tort i czy tłuc lampki po szampanie, czy szkoda. Mówili przy tym do siebie „niuńciu” i „niuńcia”, cmokali się, ciumkali za uszkami i po szyjach niczym jakieś człekokształtne ślimtaki.

Tymczasem dotarłem na przystanek autobusowy: wokół charkoczą Polonezy i Jelcze, za mną „niespokojna faktura” pokrytego zaciekami budynku Polskich Kolein Państwowych, przede mną strupy kamienic, firanki i doniczki w oknach, a niżej sklepy „Żabka”, „Wszystko po 4 zł i nie tylko”… beznadziejnie jakoś i rozdzierająco, że się żyć odechciewa. Po wejściu do autobusu od razu przechodzę wstępną lustrację: siedzące w pierwszej loży paniusie mierzą mnie od stóp do głów, a obok dwie nastki pytlują o szkole, jedna z nich, połykając głoski, ślini się: - Fjna jst mja klsa, tka trrchę zwariowana… Och, mała, jesteś szalona, mówię ci! Cały tramwaj zwariowany, zaraz zrobi pętelkę i wszystkim nam zakręci się w głowach, mnie, tobie, twojej psiapsiule i babci w berecie! Boże, takich ludzi powinno się zakazać!! Nagle pasażerowie, jakby czytali w moich myślach, przeżegnali się i spojrzeli na mnie złowrogo. Za oknem mignęło hangarocoś z kominem? wieżą? więc pewnie kościół, a ja się poczułem jak Marsjanin, oni żegnają się jeszcze raz i jeszcze raz patrzą, a ja już się czuję jak z Syriusza, a dodać wypada, że właśnie wjeżdżamy w miasto, tu co drugi budynek to kościół! Więc to ich pielgrzymowanie na targ, na pocztę, do Carrefoura wymierzone jest w moje jechanie na ślub…

Wysiadam – za wcześnie – skrzyżowanie, auta, nie wiem, gdzie jestem, przede mną cukiernia „Marzenie”; przez szybę widzę wnętrze, białe ceraty w kwiatki na stolikach, ciastka kręcą się na talerzyku wokół szklanego rdzenia… Na wszelki wypadek nie wchodzę do środka, robię w tył zwrot, baczność i spocznij. Nie wiem, co dalej. Trochę to wszystko bez sensu – mam na myśli ślub i moje na ten ślub jechanie, i cukiernię, i Rzeszów, i resztę świata – ale dotykam groźnego bezsensu na codzień, więc przywykłem. Jako pan od polskiego czytam z uczniami wiersze, to jest plotę trzy po trzy, a oni śledzą tępym spojrzeniem moje nieznaczne ruchy (dwa kroki w przód, dwa w tył). Doprowadza mnie to do egzystencjalnych mdłości; gadam, patrzę na ich zmącone nudą i sennością twarze, a kątem oka widzę jak za oknem kołysze się i szumi potężny platan, i nie ma we mnie żadnej myśli, prócz takiej może, że „drzewo musi się wyszumieć”. Moje ruchy, dźwięki, które produkuję, ich milcząca obecność – to objawienie absurdu, o jakim nie śniło się żadnemu Sartre’owi. Więc mówię dalej, bez końca, jak w męczącym śnie, a klasa zaczyna się dyskretnie uśmiechać, chichotać pokątnie i nie wiem, czy pobrudziłem się kredą, czy mam koguta na głowie, czy rozpięty rozporek, a przecież ich nie zapytam.

Kiedyś, w jednej knajpie, po kilku samotnych piwach, przysiadłem się do dwóch dziewczyn i zacząłem coś do nich bełkotać, a one tylko chichotały. Ja zagajam, a one nic tylko parskają śmiechem i szepczą coś do siebie i znowu parskają. Subtelnie kładę rękę na ręce jednej z nich, a ta się odsuwa, sięga po torebkę, ja chrząkam, podnoszę się, a ona „do zobaczenia”. – Jak? gdzie? – W czwartek na lekcji. W czwartek wywołałem ją do odpowiedzi i przeczołgałem przez całe średniowiecze, tak że na koniec wyglądała jak święta Gryzelda i tylko patrzyła na mnie błagalnie, żebym przestał. Albo innym razem (streszczam mój życiowy dramat w anegdotach, bo jest on potwornie nudny) zauważyłem, że uczeń z ostatniej ławki coś rysuje w zeszycie, przechyla głowę, wysuwa język i mozolnie koloruje. Podszedłem szparko, patrzę: wielki czerwony napis „WISŁA KRAKÓW”. Kazałem mu wyrwać tę kartkę i za karę przepisać w zeszycie sto razy „CRACOVIA PANY”.

Koniec dygresji. Stoję przed cukiernią, obserwuję. Jakaś para całuje się: ona zerka na własne odbicie w witrynie sklepowej, a on trzyma się za tylną kieszeń, w której pewnie ma portfel. Sprzedawca perfum szmuglowanych ze wschodu stoi niedbale oparty o mur. Dwóch w granatowych garniturach i butach lśniąco-spiczastych: idą powoli, brzuch wypięty do przodu, ręce założone z tylu, komórka srebrna w etui i w dłoni dzwoniące kluczyki. Grupka podrostków – dżins, włosy na żelu – przystaje na chodniku; mówią coś do siebie przesadnie głośno, podnieceni niskim tembrem swoich głosów, klepią się mocno po plecach i udają, że się kłócą, wypinając piersi, podskakując jak koguty i zderzając się w ogólnej ekscytacji. A wokół ciepło rozleniwiające, ogłupiające, rozcieńczające, koszula oblepia mnie już dokładnie i wyglądam jak roztopione lody śmietankowe. Ruszam przed siebie, idę ze spuszczonym łbem i patrzę spode niego na krzątającą się ludzką menażerię, i widzę siebie w tej groteskowej scenerii, anonimowego demiurga, cichego mistrza ceremonii.

I oto – czary mary! – jesteśmy na miejscu. Dom panny młodej, opasany wstęgami i kokardkami, przypomina prezent od zajączka. Panowie w garniturach, pod krawatami, kręcą się, przestępują z nogi na nogę jak pingwiny. Panie, bardziej pstrokate i bardziej lotne, biegają, ćwierkają, kląskają i zdejmują z garniturów mężów niewidzialne nitki. Pan Czekaj nadzoruje cały ten folwark, rozstawia ludzi, poruszając wąsami (czy ktoś kiedyś napisał traktat o psychologii wąsów? to jest osobny temat, ta rozpaczliwa pewność siebie i stanowczość, która czerpie siłę z frustracji). Ale oto i Aśka, która, jak łatwo się domyślić, przypomina bezę; tonie w białych koronkach, a minę ma taką, jakby szła na ścięcie. Witam się z tą bezą (sama Aśka jest ewidentnie na wewnętrznej emigracji) i pytam, jak się czuje. A ona na to: - Nie wiem… Zdobywam się tylko na pocieszający uśmiech i zostawiam ją na pastwę jej szczęścia.

Z daleka widzę wujka, a raczej stryja; mówiło się do niego zawsze per „stryku”, zdrobniale zaś „stryczek”, czego bardzo nie lubił. Wujek kocha życie, za co nienawidzi go jego własna żona. Bibosz, birbant, bon-vivant, bywalec baru „Puerto Rico”, galant na swój sposób, śpiewak wyborny, zwłaszcza gdy z „Puerto Rico” do domu na rowerze zakosami jedzie – ten to stryk stoi z boku i przygląda się całemu zamieszaniu z dystansu, i widzę, że tylko przełyka ślinę, bo pewno smaki go naszły, widzę, że mruga do mnie, grdyka do mnie zaczepnie, więc zbliżam się – a on umyka – i oto jesteśmy w kuchni. Wujek wyciąga butelkę „Weselnej” i hojnie polewa do szklanek i „Prymkami” częstuje, i co tam, jak tam, po staremu, kupę lat – i znowu polewa. Po staremu, stara bida, jakoś się kręci – i siup! znowu po szklaneczce, znowu po „prymce”, tak że butelka raz-dwa znika w naszych gardłach, ale w końcu jesteśmy na weselu, więc następną „Weselną” wyciąga wujek – a na zewnątrz jakieś hałasy, orkiestra pod dom już przyszła i rzępoli, przyśpiewuje, Pan Domu dopina ostatnie guziki i wąsy podkręca, Pani Domu ucisza koleżanki-pielęgniarki (pracuje bowiem w przychodni, urzęduje w pokoiku z wymownym szyldem "Izba Przyjęć Bożena Czekaj”), a my, zaszyci na zapleczu, raz za razem młodej parze winszujemy, toast za toastem wznosimy. Panna Młoda jest zupełnie nieobecna, zamiast niej coraz bielsza beza, którą przestawiają z miejsca na miejsce, którą za chwilę przetransportują do kościoła i pobłogosławią Panu Młodemu, aby ją skonsumował – a my tymczasem trzecią butelkę pijemy… Ale tak mnie to zastanowiło, że mówię: - Jak to tak, stryku…czy to może być dobrze…oni są przecież różni od siebie, on taki, ona taka… Wujek nachylił się, żeby zrozumieć mój bełkot. - On jest z Wenus, a ona z Marsa… nie! na odwrót! – Tak to jest – skrzywił się stryj i wycedził sentencjonalnie: - Każdy dziad z innej wsi…

I rzeczywiście. Gdy przypominam sobie dziś tę rozmowę, przechodzi mnie dreszcz. Niedawno Aśka uzyskała rozwód (wyniki obdukcji przeważyły szalę), ona została z dzieciakiem, on nie ma na alimenty i ukrywa się… Nie twierdzę, że byłem jakimś prorokiem, bo to zbyt proste było, ale wtedy tak mnie to moje odkrycie odurzyło, że nie mogłem się z miejsca ruszyć. Dość powiedzieć, że nie byłem ani na ślubie, ani na weselu, ani na rodzinnym śniadaniu; stryk zostawił mnie śpiącego z mordą na stole, nieprzytomnego, nieżywego, a sam poszedł pić z kim innym. Nie widziałem kościelnego rytuału ofiarowania Pary Młodej Panu Bogu, ominął mnie widok ich pierwszego tańca, kiedy to kręcili się w kółko jak pacynki w szopce, nie widziałem radości na twarzach gości (że oto udało się, że już są tacy jak wszyscy i zobaczycie, życie da wam w dupę), nie widziałem ich obowiązkowych figur tanecznych (podwójna ósemka z babcią, potrójny tulup z teściową), ani tego jak sala biesiadna zmieniała się w samotną wyspę samotnych ludzi – jedyną możliwą utopię, w której każdy topi siebie samego, powoli i z premedytacją, w wódce i gadce-szmatce.

Sprawa rozwodowa zakończona; żałować wypada, że temu wydarzeniu nie towarzyszy żadna ceremonia. Wyobraźcie sobie rytuał rozwiązywania świętego związku: ksiądz, czyniąc to, czego nawet śmierć nie potrafi, przecina łączącą ręce małżonków szarfę, ściąga obrączki i wyrzuca je, czyta Koheleta, aby potem udzielić zebranym jakiejś bluźnierczej komunii (opłatek, wina i sztachnij się?)… A potem impreza, coś w rodzaju stypy: goście muszą decydować, po której stronie stołu siadają, a potem wszyscy żrą stare, nieświeże ochłapy w ciężkim, coraz cięższym, pogłębiającym się milczeniu… Brzmi to może śmiesznie, ale pomyślcie: tylko to, co ma chronić człowieka przed nim samym, przybiera oficjalne formy, i wszyscy się tym zadowalają, bo tak ładnie, bo elegancko, bo tak należy. I życie zmienia się w jakąś instytucję dobra publicznego – albo w komis, powiedzmy: „skup sprzedaż używanych masek”. Ale fronti nulla fides! Za odpicowaną fasadą i wyjebanym szyldem kryje się śmietnisko, istny burdel, sodomia i gomoria, miazga, ciemność i nicość. Od samego widoku chwytają człowieka mdłość, litość, trwoga, bojaźń i drżenie. Dlatego nikt tam nie chce wchodzić. Ale i tak zamierzam się tam zapuścić, do was zaś kieruję ciche a demoniczne „vade mecum”. 

„Przymierzalnia” › czytaj fragment

Pewnego razu podczas wieczornej toalety spostrzegłem, że spuchł mi siusiak. Był o wiele grubszy, niż zazwyczaj – wyglądał jak tłusty, biały robal ze ślepym, czerwonym łebkiem. – O Jezu – powiedziałem do siebie cichutko, bo przestraszyłem się nie na żarty. – Jezu, jeżeli mnie uleczysz do jutra, to przysięgam, że będę się codziennie do Ciebie modlił.

To było na wczasach w Zakopanem. Miałem wtedy kilka lat, może sześć, może siedem. Nazajutrz zbudziłem się jakoś wcześniej niż zwykle. Mamusia i tatuś jeszcze spali. Pobiegłem do ubikacji i spuściłem spodnie. Mój siusiak wyglądał tak jak zwykle – ani śladu wczorajszej opuchlizny. – Wczoraj spuchł, a dziś odpuchł – powiedziałem do siebie, bo przypomniała mi się moja pochopna przysięga. – Przecież nie będę się codziennie modlił. Niech inni klepią pacierze, jakby mieli spuchnięte siusiaki.

 

– Zmyślasz takie historie, żeby mnie obrazić – mówi Ilona i odwraca się do ściany. Na ścianie wisi drewniany krzyż z drewnianym Chrystusem. Chrystus wbija we mnie drewniane spojrzenie – jak osikowy kołek w opętanego. Przyzwyczaiłem się już do Jego widoku. Przyznaję, gdy zobaczyłem Go po raz pierwszy – rozpiętego na krzyżu nad moim łóżkiem – wybuchnąłem śmiechem. Bo zrobiło mi się nieswojo. Tym śmiechem zawstydziłem Jego, a łóżku przywróciłem jego ciepłą i pomiętą łóżkowatość. Ale potem przyszła Ilona, położyła na podłodze kocyk, na kocyku jaśka i bach na kolana, ręce złożyła i mamrocze coś do siebie. Patrzę na nią dość tępo; jej rysy zbiegają się wokół ust, a usta bezgłośnie przeżuwają różne wyrazy i przychodzi mi do głowy, że Ilona „wstąpiła na ścieżkę wiary”.
– Wstąpiłaś na ścieżkę wiary? – pytam głupkowato.
– Wstąpiłam – przytakuje mi Ilona, prostuje się, spogląda na mnie surowo i wygładza fałdy spódnicy. Zauważam, że zmieniła fryzurę –
zrobiła sobie ondulację, na czoło spada jej grzywka, a uszy przykryte są regularnymi puklami. W sumie wygląda to jak aureola w zalążku.

 

– Pójdziesz dzisiaj ze mną do kościoła – mówi Ilona stanowczo. – Tylko się przebierz.
– Ja? – oglądam się odruchowo za siebie… i co widzę? Na ścianie koło regału wisi Matka Boska z dzieciątkiem, taki podświetlany portret. Na szafie święte obrazki. Koło budzika różaniec. Co tu się dzieje? Chryste… Spoglądam na ścianę – krzyż jest jeszcze bardziej drewniany – Matka Boska jeszcze bardziej z dzieciątkiem – Panie, miej litość nade mną… Ale potem myślę sobie – czemu nie, może uda mi się już po wszystkim wyciągnąć Ilonę na piwo z wiśniówką i tym piwem odczynię ją, rozpuszczę w wiśniówce rozcieńczę tę jej skupioną nabożność… Więc mówię:
- Pewnie, że pójdę, kochanie – i zbliżam się do niej, chcę ją objąć, ale ona odsuwa się ode mnie. W jednej chwili robię się czysty i niewinny, i całuję moją damę w rękę. Potem szybko myję zęby, przebieram się w czarne ciuchy i perfumuję, biorę parasol i w drogę.

 

Idziemy. Ilona milczy. Patrzy na mnie z ukosa. Mam wrażenie, że chciałaby poślinić palec i wyczyścić mi ucho. No nic ­­– wymachuję parasolką i idę obok niej. Pół kroku za nią. Z wszystkich stron ściągają wierni. Błoto mlaska pod ich podeszwami. Nad wejściem do kościoła transparent „Bóg Cię kocha” i przekreślony aparat – zakaz fotografowania. Przy wejściu tłok. Ludzie milkną już w przedsionku, wycierają buty i zdejmują czapki. Moczą palce w miseczce z wodą i żegnają się. Na ołtarzu są różne wizerunki, ale wszystkie jakby zanurzone w ciekłym metalu; z daleka widać tylko morze złota. Po bokach stoją anioły i wskazują na te strumienie złota, jakby zachwalały rekordowy wytop surówki. Siadamy w pustej ławce. Wciąż patrzę na te złocistości i nagle czuję, że chce mi się sikać. Czy jest tu ubikacja? Odwracam się, żeby zapytać o to Ilonę, ale ona już się modli, więc rezygnuję. Koło nas siadają jacyś ludzie; jest trochę ciemno i nie widzę ich twarzy. Rozglądam się dokoła, jak ktoś wyrwany nagle ze snu. Sala jest potężna i wysoko sklepiona, strop podtrzymują ogromne filary. Przez pstrokate witraże wpada światło i tonie w chłodnym półmroku wnętrza. Z przodu stoi ołtarz i trybuna dla księdza, czerwony dywanik spływa po trzech stopniach na posadzkę. W środku te ławki – skrzypiące i stanowczo za małe. Na klęczniku trzymam stopy, a górna listwa uciska mi kolana. Oglądam się dyskretnie za siebie; pewnie będę komuś zasłaniał. Za mną jakieś chłopaki wymieniają się grami. Czuję się jak na zajęciach wyrównawczych – stary osioł. Wciskam się głębiej w ławkę i patrzę raz jeszcze na to wszystko – już zupełnie przebudzony – i nie wierzę własnym oczom. Postawili taki bunkier – i od razu „kościół”! Ustawili w środku parę ławek – i zaraz „dom Boży”!
Więc patrzę jeszcze bardziej, a im bardziej patrzę, tym bardziej nie wierzę w to, co widzę. Z gzymsów zwieszają się jakieś karnawałowe girlandy, spod nich zaś wystają niebieskie flagi, jak insygnia podziemnego państwa. W niszach, za żelaznym okratowaniem, widać jakby miniaturowe kaplice z podrzędnymi świętymi; przypomina to teatrzyk kukiełkowy albo szopkę. Stoją tam też wysokie skarbonki, zwieńczone malutkim otworkiem na monetę. Wzdłuż ścian ciągną się bliźniaczo podobne do siebie obrazy. Środkiem idzie lekkie pokasływanie i tłumione szepty. Całą salę wypełniają rzędy głów, głowy w różnych odcieniach szarości, pochylone, wciśnięte w ramiona, zasłuchane w ten suchy poszept. Ksiądz zjawia się nareszcie i wszyscy milkną. Ubrany jest na biało, wznosi ręce do góry i mówi: – Brocio i siostro… Składa przy tym usta w trąbkę, jakby całował kogoś w rękę. Zebrani padają na kolana. – Mó…dlmo siyyy – intonuje ksiądz, a tłum podejmuje wątek. Zaczyna się msza. Nie słucham uważnie, dobiegają mnie tylko jakieś strzępy recytowanych fraz. Skupiam się na wewnętrznych poruszeniach, wsłuchuję się w siebie… Boże, zapaliłbym sobie… To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Papierosy mam w kieszeni. Ale tu nie wolno. Tu nie wolno nawet robić zdjęć. Obracam papierosa w palcach. W myślach. Powoli i z namaszczeniem. Wszyscy się modlą. Ilona. Staruszka w brązowym płaszczu. Chłopcy z kieszeniami pełnymi płyt. Dziewczynki z kokardami. Bezzębny facet w bluzie z Batmanem. Wyciągam zeszyt i notuję: „Na czym to się opiera? Na czym to stoi?”. Ilona spogląda na mnie z wyrzutem. Czy to grzech – robić notatki z mszy?
– To grzech – szepcze bezgłośnie Ilona i daje ręką znak, żebym schował zeszyt. Robi przy tym taki gest, jak dyrygent, który chce uciszyć sekcję dętą. Jak na koncercie symfonicznym. Grzech – grzech – grzech: dzwonek dzwoni po trzykroć i trzeba przyklęknąć. Bracia i siostry, dzisiaj w programie msza h-moll op. 74. Teraz dopiero się zaczyna. Dyrygent wznosi w górę ręce i fagot wprowadza wstępny posępny motyw na tle kontrabasów. Coś pięknego. Wsłuchuję się w te dźwięki z zapartym tchem i powoli wchodzę w siebie przez las pustych zbroi. Introibo ad altare Dei – oto pojawia się w altówkach i wiolonczelach bolesny i niespokojny temat pierwszy, że cierpienie uszlachetnia. Ale ponury nastrój znika – od cierpienia do nagrody droga krótka i bezbolesna – koloryt orkiestry jaśnieje przez wprowadzenie skrzypiec. Słyszę jak burczy mi w brzuchu; moje kiszki kurczą się i rozprostowują. Jakbym nosił w sobie gniazdo węży. Ale to nic, wszyscy jesteśmy grzesznikami. Andante przynosi kojące uspokojenie; unosi mnie śpiewna, pełna niewysłowionego liryzmu melodia głównego tematu, wywiedziona z motywu wstępu. Początek repryzy przychodzi jak wybawienie. Gdy dynamiczne nasilenie ustępuje, a melodia cichnie w delikatnym pianissimo, robię się troszkę senny. Zamykam oczy i widzę Ilonę, która drapie się po kroczu jak mała dziewczynka. Następuje allegro con grazia; ponad wybijanym przez kotły rytmem skrzypce rozwijają melancholijną melodię. I powstaje obłok i zacienia nas, i wchodzimy w ten obłok. Wtedy Ilona powiada: – Jeżeli ty ze mną, no wiesz, to ja tego – i w prawdziwym scherzo, pełnym żywiołowego temperamentu klęka raz za razem i podnosi się z kolan w szybkich triolach ósemkowych. Brawo! To wszystko jednak tylko tło – to tylko tło, bo oto obój intonuje krótki marszowy motyw, który zyskuje na sile i w końcu dominuje w potężnym majestatycznym marszu. Chór podejmuje wątek i rozpada się na głosy. – Deus deus kosmadeus – niesie się tu i tam. Wtem nagle dyrygent jak nie machnie w stronę bębnów, a one dum-dum-dum. A ja powstaję ze snu i powiadam:  Biada wam, albowiem byłem umarły, a żyję wiecznie i mam klucze do nieba i ziemi!
I pochylam się nad grobem mamy. I cmentarz zalany światłem, jak to się mówi. Wrony latają parami jak cudzysłowy. Ciocia Hela podaje mi reklamówkę z cmentarnymi przyborami; w środku butelka, szmatka, szczotka do szczotkowania i pasta do pastowania. Szczotkujemy i pastujemy płytę nagrobną, która udaje granit. Prostując się, widzę morze nagrobków i rzadkie klomby, pomiędzy którymi przemykają ludzie – pomarszczone, ziemiste skrzaty. Widzę wszystko wyraźnie w przejrzystym cmentarnym powietrzu. Woń ziemi splata się w jedno z zapachem parafiny. Wytrzyjze jesce tu – ponagla Ciocia. – Podlej ten bukiyt i zapal lampke. Widzę jak z rozmiękłej ziemi wyłazi tłusty, biały robal. – No to lez sobie bidulko – puentuje Ciocia i robi znak krzyża, i jeszcze zwraca się do mnie: – Ma duzo kwiatów, nie moze narzykać.
W drodze powrotnej – nieopodal śmietnika i kranu, w wypełnionym wodą kanale odpływowym – spostrzegam plastikową figurkę Chrystusa. Przyklękam, żeby przyglądnąć się z bliska: niebieska farba odłazi Mu z twarzy i żeber, pewnie dlatego tutaj wylądował. Ale On chyba się tym nie przejmuje – ramiona rozpostarł szeroko, patrzy w niebo i w ogóle wygląda jakby pływał na plecach.
Tuż obok śmietnika rzuca się w oczy potężny czarny nagrobek z napisem „Kazimierz Rosół”; aż mnie ciarki przechodzą na myśl o ciepłym bulionie. A dalej – jakby na zagrychę – „Alina Buła”; momentalnie robię się głodny. Podnoszę się z klęczek i z rozdziawioną gębą ruszam przed siebie – alejką wśród nagrobków, wśród krzywo przyciętych, poczerniałych od dymu krzaczków – i zewsząd atakują mnie kolejne napisy: „Władysław Żurek”, „Mirosław Skwarek” i „Stefania Pstrąg”, „Helena Bigos”, „Maria Owsianka” i „Wojciech Siwucha”, na koniec i jakby na deser „Adam Migdał” i „Leokadia Kawa”. I przepełniony taką mnogością zbudzonych zapachów i smaków, gdy jestem już tak głodny, tak nienasycony, że mógłbym zjeść wszystko – robaki, kwiaty, monstrancje – nagle, tuż przy wyjściu, spostrzegam ze zdumieniem napis „Jerzy Nieświeży” i robi mi się nieswojo. I pojmuję, że dałem się złapać na tamte napisy, syciłem się nimi, a teraz pan Nieświeży staje przede mną jak posłaniec złej nowiny. Biegnę przed siebie z ustami pełnymi tych wszystkich smaków, roztrącam ludzi stojących w zbitej ciżbie i widzę wieńce, pusty katafalk, i księdza, który mówi: - Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…
Amen! Tymczasem msza trwa w najlepsze. Druga część mojego opus magnum zbliża się do końca. Ludzie siedzą sztywno i w nabożnym skupieniu chłoną dźwięki. Ktoś kasła cichutko. Ktoś wychodzi bocznym wyjściem, nad którym jarzy się napis „exit”. Lampka mruga leciutko, jakby na znak, że nie należy brać tego wszystkiego na serio. Przy drzwiach stoi pani z popcornem, obok skarbonki na datki i obrazka z upadłym Chrystusem. Dalej wiszą plakaty filmowe z aktorami w różnych pozach, faksymile rękopisów, obwieszczenia o ujemnym przyroście naturalnym i zachęty do prokreacji, reklamy karnetów w promocyjnych cenach, relacje z papieskich pielgrzymek i listy nagrodzonych w konkursie wiedzy o kinie włoskim. – Odpuść nam nasze winy – zawodzi sopran – jako i my odpuszczamy naszym winowajcom! – Przyszła ulewa jak miasto kakao – odpowiada śpiewnie alt – jak w taksi manekinu!
Brawo! Zapisuję to skrzętnie w zeszyciku i czym prędzej publikuję. Książka rozchodzi się szybko na podziemnych mszach i tajnych synodach. Prasa brukowa drukuje moje podobizny z kocim łbem zamiast głowy. Natychmiast też dzwoni wydawca i proponuje, żebym zwracał się do niego per „synu”. Potem Żmijewska: – Czytałam – mówi – piękny wiersz… zwłaszcza to kakao… po prostu brak mi słów… – Dziękuję ci, córko – odpowiadam – cieszy mnie wielce… – Wszystkim się podobało – przerywa mi ona – zresztą sam się ich spytaj.
Rzeczywiście, wszyscy już są albo prawie że, i kiwają głowami w rytm końcowego adagio, które oparte jest na rozwiniętym i przekształconym motywie początkowym. Coś pięknego. Aż szklanka wysuwa mi się z ręki i upada przede mną z brzękiem. Krótkie tutti zanika w głuchych tonach puzonów i tuby. Rozlane piwo na stoliku tworzy coś na kształt korony. Tak, korona jest cała złota i jakby robiona na miarę, i leży przede mną płasko na stole. Przeto próbuję ją przymierzyć, aby królować na wieki wieków – czyż nie jestem panem stworzenia? Odpowiada mi tylko śmiech. Wszyscy wkoło śmieją się, niepomni że cośtam-cośtam. Pararararam-AmmAmm – niesie się tu i tam. A ja powiadam: Biada wam. Orkiestra Tatam-Tam. A teraz poproszę jeszcze raz piwo z wiśniówką i jako tako zasiadam w obłoku niczym w pustej kołysce, albowiem jestem tu, ażeby ażeby.

„Grawitacje” › czytaj fragment

Saga (fragment)

Dzisiaj rano, wracając do domu z piekarni, spotkałem przygłuchego sąsiada z drugiego piętra. ‑ Dzień dobry, dzień dobry – rzucił w moją stronę, przekonany, że witam go już z daleka; najwidoczniej usłyszał to, co chciał, zupełnie jak lokalny ksiądz, który na moje milczenie odpowiada nieodmiennie „na wieki wieków”. W ręku miałem siateczkę z bułeczkami i jedno jej ucho mi się wymsknęło, tak że zatrzymałem się gwałtownie, żeby lepiej tę siateczkę uchwycić, i sąsiad też się zatrzymał, bo pomyślał, że do niego zagaiłem. ‑ Aaa, dziękuję, jakoś leci… – powiedział z zadowoleniem. – A u pana? Miałem ochotę go zignorować – ale, ostatecznie, jak to tak, udawać głuchego… przed nim? Więc bąknąłem, że wszystko gra. Wtedy sąsiad ożywił się niespodziewanie: ‑ Proszę? Nie dosłyszałem. ‑ I zaczął majstrować koło aparaciku przyklejonego do małżowiny. ‑ Wszystko gra! – zawołałem. ‑ Co pan mówi? – sąsiad zbliżył się do mnie bokiem i nadstawił w moją stronę to lepsze ucho. ‑ Jakiego konia? ‑ Mówię, że wszystko gra!! – krzyknąłem, rozglądając się mimowolnie na boki. Osiedlowa ulica, trochę rzadkiego śniegu, wrony, pusto. Tylko my tutaj, we dwóch, próbujący nieudolnie doprowadzić swoje role do końca; on zwrócony ku mnie bokiem, jak gołąb, i ja nachylony nad nim, z siateczką bułeczek w ręku. ‑ Wie pan, ja nie najlepiej słyszę… Nie wytrzymałem, przyskoczyłem do niego i wrzasnąłem do ucha: ‑ Wszystko gra!!! WszyYY-stkOOo-grAAAa!!! Mam to panu napisać na kartce?!
Usłyszałem echo swojego głosu, odbijające się od bloków – i usłyszałem swój własny okrzyk jakby z zewnątrz – co ja właściwie wrzeszczę? Wszystko gra… Nie „wszystko poezja”, nie „wszystko, co ludzkie…”, ale: „wszystko gra”!! Potężny nihilizm tego powiedzonka ocucił mnie natychmiast i wyprostowałem się, olśniony, pośród tych marnych, gomułkowskich dekoracji, i spojrzałem na sąsiada jak na jakąś atrapę. Ten natomiast, nic nie mówiąc, odwrócił się i sobie poszedł. Po powrocie do domu zapisałem to sobie na kartce. Śmieszne, prawda? Wywrzeszczeć coś ze wszystkich sił głuchemu, żeby to potem zapisać. Śmieszne powiedzonko, śmieszna rozmowa z sąsiadem na śmiesznej ulicy o śmiesznej nazwie (Tadeusza Kantora). Śmieszna Umarła klasa, śmieszna klasa pracująca, przelicznik walut i śmierć. ‑ Wszystko gra, prawda? ‑ Taaa, wszystko prawda… To prawda, że nie wiemy, co mówimy. Nie mówiąc o tym, co piszemy. Bo jeżeli wszystko gra i wszystko prawda, to cały świat jest lapsusem, dowodem nieograniczonej nieodpowiedzialności za słowo.

Zamęt (fragment)

Pół listopada spędziłem w Paryżu – reprezentowałem gospodarstwo literatury polskiej na Internationale Biennale des Poètes. Pierwszy raz brałem udział w czymś takim… chociaż wiele razy zaszczycałem rozmaite festiwale, zloty czy dni kultury polskiej, niczego podobnego nie widziałem. Siedziałem tam dwa tygodnie w oczekiwaniu raptem trzech występów, podczas których publika nie rozumiała mnie ni w ząb – nikt tam nie mówił po polsku! Właściwie mogłem opowiedzieć im jakiś dowcip! Za to ja nie rozpoznawałem własnych tekstów po francusku – przypominały wiersze Supervielle’a albo coś jeszcze gorszego. Zresztą, te wiersze, pisane jeszcze w ubiegłym stuleciu (w tym nie splamiłem się w ogóle mową wiązaną), były płodami innego mnie… tak dalekiego, że dzieli mnie od tamtego mnie kilka pośrednich modeli Franczaka. Mój rozpad nie jest bowiem połowiczny – oddzielam się od siebie każdej minuty i co chwilę gubię w tłumie moich „ja”. I żeby marzyć o scaleniu, trzeba być takim właśnie Julesem (Je compte mes moi dispersés que je rassemble en toute hâte/ Me revoici tout entier).
W hoteliku, usytuowanym tuż za péripherique – za dziesięcioma nitkami jezdni, po której bezustannie sunęły te ich peugeoty i citroeny – pomieszczono kilkudziesięciu poetów z całego świata. Wszystkich zajmowała głównie jedna rzecz – ta sama, która zajmuje mnie w tej chwili: problemy z komunikacją. I nie chodziło nawet o znajomość języków (w hotelowym barze królowały angielski i francuski, ale zawsze mieszały się z jakimś obcym ćwierkaniem, mlaskaniem czy charkotem), lecz o ogólną i szczególną zdawkowość naszych relacji. Rozmawialiśmy o tym, wyobraźcie sobie! Aharon z Tel Awiwu powtarzał, że coś się zatraciło – i że pamięta inny Paryż, ten z lat 60.; podobnie Sigurd z Reykjaviku. Giuliano utrzymywał, że dziś w ogóle nie ma żadnego przepływu idei, a słowo poetyckie krąży jedynie po ojczyźnie poety, to jest po ojczystych campusach uniwersyteckich. Wahid, Palestyńczyk, obciążał winą organizatora i nawet się na niego obraził, Elena z Moskwy zaś twierdziła, że po prostu towarzystwo jest drętwe i za mało pije. Wszystko to w każdym razie – te nasze ciasne gadki i rozpaczliwe metagadki w pustym barze hotelu „Kyriad”, w którym bezustannie serwowano nam Eurosport – wszystko przypominało jakieś więzienne widzenia, kiedy to ludzie rozdzieleni grubą szybą rozmawiają przez mikrofoniki. Gruba szyba była między nami i każdy, kto wykonał jakiś gwałtowny, nazbyt spontaniczny gest, uderzał w nią nosem.
I tak to się toczyło; wstawałem rano – za późno, żeby zjeść śniadanie – i rozpoczynałem korowód rozmówek, bali i kotylionów… Croissant z Nazirem, kawka z Jeamel, papieros z Ly, beaujolais z Jerôme’em, sushi z Sigurbjörg, whisky z Kestonem… Wieczorem, przepełniony subtelną kuchnią, znużony rozmową na wysokim diapazonie, żywotem flaneura, turysty-intelektualisty i galernika muzeów, czułem się wyprany z uczuć i myśli, nieludzko kulturalny, nienaturalnie pusty. Francuzi znoszą taki żywot dobrze – mają do tego specjalny esprit, szósty zmysł racjonalności; odnosi się wrażenie, że fałdy ich mózgów są starannie uplisowane według najnowszej mody. Dla mnie każdy kontakt podszyty jest dywersją, każda rozmowa podminowana bełkotem, każda lampka wina zagrożona pijaństwem (to ostatnie rozumiała tylko Rosjanka – wspólnie znosiliśmy zdziwione, drwiące, na koniec szydercze spojrzenia czarnych kelnerów, serwujących nam kolejne lampki podczas oficjalnych bankietów).
Wracałem nocą do swojego pokoiku, wieszałem na klamce kartkę „do not disturb”, otwierałem okno z widokiem na obwodnicę, po której przesuwały się szklane paciorki samochodów, i wydmuchiwałem przez nie dym. Żeby spać w dobrze wywietrzonym pokoju. Po czym, zdawszy sobie sprawę z własnej małostkowości, kładłem się na łóżku i dmuchałem w drugą stronę. Sufit biały, świeżo pomalowany, bez zacieków, które można by odczytać (na przykład jako strzałkę – wskazującą na pokój Iranki…). W telewizji to samo gówno, które przelewa się po polskich kanałach. Świeżo kupione książki Sollersa i Aymé leżą na biurku obojętne i obce, wsobne jakieś êtres-en-soi. Kartka papieru nieznośnie biała, pusta, cienka i prostokątna. Światełka drapaczy chmur i niebo w sińcach. Ennui! Zasypiałem i śniło mi się, że nadal leżę na wznak, w sterylnej hotelowej pustce, i na dodatek skończyły mi się papierosy.
Z tej nudy pewnego wieczora napisałem Wyznania mizantropa. Rano zszedłem do baru zadowolony, zjadłem croissanta z Sigurbjörg i pożyczyłem od niej notebooka, żeby przeczytać maile. Otrzymałem naraz kilka listów od tłumaczek (fragmentów) Przymierzalni. Barbora pisała, że nie wie, jak przełożyć na czeski nazwiska znaczące (Uszko, Szrama, Klimaszewska i Radny) oraz że nie rozgryzła skrótu NBJC. Odpisałem, że nazwiska niewiele znaczą, a skrót oznacza Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus. Tatiana pytała, czy musi szukać słoweńskich cytatów z Dantego oraz co to jest „kusfatka”. Napisałem, że musi i że kusfatka to… sam dokładnie nie wiem, taki paproch jakiś. Katia twierdziła, że w żadnym słowniku nie znalazła słowa „flęźń”. Napisałem, że nic dziwnego, bo to moje prywatne słowo, a oznacza coś, co nie ma nazwy i przez to jest w najwyższym stopniu obrzydliwe. Siorbiąc kawę i wstukując te durne i chmurne odpowiedzi, zrozumiałem po raz kolejny, że nie rozpoznam się w żadnym przekładzie – i nic dziwnego, skoro nie rozpoznaję się nawet w oryginale! I że nie ma mowy o żadnej komunikacji, i że „autentyczna komunikacja” to oksymoron; wszak communicare oznacza uczynić coś wspólnym, a wspólny jest tylko bezsensowny, nic nieznaczący, niezrozumiały bełkot – to masło maślane naszego idem per idem – i do niego sprowadzony musi być każdy wyraz i grymas.
Kawa był niedobra, pogoda nikczemna, a Siga małomówna. Natłok irytujących drobiazgów – na przykład, że portier uśmiechał się dwuznacznie, metro strajkowało, a mnie zapłacono czekiem – skutecznie zagłuszał tak zwane proste radości, spychając je na tak zwane stracone pozycje… I po raz ostatni ruszyłem na spacer po tym mieście, po jałowej ziemi rues, ruelles i avenues… I dopiero, gdy napisałem ten tekst, zrobiło mi się lepiej, to znaczy najpierw zrobiło mi się niedobrze od nadmiaru patosu, malkontenctwa, hankoru i aprenudelużyzmu, a potem coś się we mnie zmieniło, coś się gwałtownie przekręciło… Chodziłem ucieszony, wybawiony z zamętu po ożywionym nagle mieście, pod rozpogodzonym niebem, pozdrawiałem sprzedawców souvenirów i całowałem bukinistów. Wieczorem namówiłem kilkoro poetów różnych ras, wyznań i szkół poetyckich i poszliśmy wspólnie na disco. Allez! Wlałem w siebie butelkę wódki i całą noc miotałem się w świetle stroboskopów z jakimiś lolitkami – sam nie wiem, jak długo to trwało – wróciłem chyba taryfą, z pewnością bez mojego koleżeństwa po piórze – a rano obudziłem się nieprzytomny, bez grosza, za to z bólem głowy i spojrzawszy na zegarek, stwierdziłem, że właśnie z lotniska Charles de Gaulle startuje mój samolot.
Powinienem być wściekły, przeklinać mój pusty los i miotać przekleństwa – tymczasem byłem lekki i beztroski, nieprzytomny i nieważki, zstąpiłem do baru, zamówiłem garnek muli i butelkę wina i pożarłem je, oglądając mecz towarzyski Francja–Senegal. Pożegnałem się wylewnie z francuskimi poetami i z pozostałymi członkami reprezentacji „reszty świata”, przebukowałem bilet, poszedłem do biura organizatora i dostałem piękny czek, tudzież stos książek. Dostałem też odpowiedzi na moje wczorajsze maile:
„zostawilam flezn po polsku i tak jest spoko. jestes w paryzu? zadroszcze! uscis ode mnie eiffelowki. do widzenia aus berlin. katia”
„mysle ze już wiem o co biega, o reszte zapytam twoich kolegow. zaraz się widzimy w lokatorze i pijemy twoje zdrowie :) pozdro. tj”
„cze jurek! poradzilam sobie, poszlo do radia. jestem w glebokiej azji, jest zimno ale za to tu nie ma swiat, choinek i calej tej chujni. 3maj się, poka. bara”
Odpisałem: „dzieki, dzieki po 100kroc, to piekne ze ludzie jednak mogą się dogadac. paryz jest zaje fajny, festiwal super. naprawde – zyc nie umierac! albo na odwrot. serde. ju”

Bilon (fragment)

Kilka lat temu, kiedy pracowałem jako asystent reżysera na planie filmowym Wesela AD 2003, akurat w chwili gdy razem ze Staszkiem rozstawialiśmy reflektory, zadzwonił mi w kieszeni telefon: „numer zastrzeżony”. Kobiecy głos informował mnie, że należy do niejakiej Maliny Malinowskiej, dziennikarki Radia Kraków, i że jestem zaproszony jutro w godzinach popołudniowych na dyskusję studyjną o młodej literaturze. Nazajutrz czekały mnie zdjęcia w plenerze, więc odmówiłem. Moja rozmówczyni zdziwiła się, zaproponowała, żebym się kiedyś odezwał, pożegnaliśmy się chłodno, zapisałem jej numer i zabrałem się z powrotem za reflektor. Po chwili – akurat wtedy, gdy razem z Leszkiem mocowaliśmy się ze statywem – telefon znowu zadźwięczał: esemes od mamy. „kiedy bEdziesz? DAWNO CIE NIE WIDZIALAM. Wiesz, Ze ciE kocham?”. Poczekałem, aż usztywnimy statyw – poczekałem, aż skręcimy kolejną scenę – pobiegłem jeszcze po bukłak, który grał w ostatnim epizodzie – i w końcu, łapiąc oddech w jakiejś przerwie, odpisałem: Tez cie kocham. BEdE wieczorem… I mechanicznie, wyćwiczonym ruchem odnajdując właściwy adres w spisie telefonów, wysłałem wiadomość do… do pani Maliny! Gdy zrozumiałem, że wiadomość trafiła do tej dziennikarki, zatrzymałem się – a rozplątywałem akurat kable od monitora – i zdałem sobie sprawę z faux pas, wyobraziłem sobie zdziwienie pani Maliny i pomyślałem, że powinienem natychmiast do niej zadzwonić… Ale ogarnęła mnie jakaś niechęć, niemożność tłumaczenia się z tej pomyłki, cała historyjka była głupawa i wolałem już zostawić to, jak jest. I stojąc tak pośród filmowych dekoracji, z telefonem w ręku, pomyślałem, że w sumie tak jest zawsze: że pisze się pospiesznie, zdawkowo i wysyła pod niewłaściwy adres – to wyznanie miłości, które zmienia się w szyderstwo i trafia w pustkę.

A więc tutaj trafiło moje „wyznanie miłości”? Ależ tu nie ma żadnej pustki – ja tu jestem i czytam, co napisałem – i myślę sobie, że język ponosi. I mnie udziela się wzniosłość, jak widać, dosiadam jakiejś metafory i galopuję na niej w podobłoczne rejony. Piszę np. o „próbie przerzucenia pomostu nad przepaścią rozdzielającą życie od pisania, ciało od kartki papieru”. I że „bycie w wierszu i bycie w świecie zbiegają się w tym geście”. A potem przyglądam się z ukosa temu, co napisałem… Czytam te zdania w „Twórczości” i aż się rumienię. Co to znaczy, że te dwa bycia się „zbiegają”? Chwila namysłu i obszerny, bezkształtny habit wzniosłości zbiega się do rozmiarów wdzianka dla psa. Wdzianko okazuje się za ciasne, źle skrojone, nie ma otworu na ogon, za to ma tren i woalkę. Czy tylko tak mi się słowa zbiegły? A może ja sam jestem zbiegiem – i uciekam przed sobą samym – i chowam się w świątyni mętnych objawień?

Czytam jeszcze raz tę anegdotę z planu zdjęciowego i czuję, jak rośnie wokół mnie głucha, omszała niedziela, kościółek, w którym objawia się tylko ksiądz, tępa sytość codziennego kontaktu z Bogiem. Jeżeli „tak jest zawsze”, to trzeba wystrzelić kościół w kosmos albo wymyślić innego Boga.

Boga nie trudno wymyślić, trudniej go nie wymyślać. W tej chwili nasuwają mi się inne anegdoty, alegorie pisania, dowody na istnienie Boga, elementarze istnienia – wszystkie równie dobre i równie prawdziwe. Na przykład ten drewniany klocek, który Iga trzymała na półce nad łóżkiem… Napisała na nim „kawałek drewna”. Byłem zachwycony: to było jak magiczne zaklęcie, które miało powstrzymać przemianę klocka w żuka, w rzodkiewkę, w kasę pancerną, w cokolwiek – jakby mógł być czymkolwiek – jakby w każdej chwili mógł przejść jakąś metamorfozę. „Kawałek drewna”: jak próba głosu, jakbyśmy dopiero uczyli się mówić. Nie wiem, co się stało z tym klockiem. Nie, Iga nie wrzuciła go do Wisły, nie spaliła go ani nie odesłała mi priorytetem. Rozstaliśmy się wiele lat temu, ten klocek jest bez znaczenia, nie wiadomo, co się z nim stało i nikogo to nie obchodzi, nawet mnie. Może symbolizuje obojętność świata? Albo tajemnicę wszechrzeczy? Bo właściwie może znaczyć cokolwiek.

Tak sobie myślę, że ja też mogę być kimkolwiek – Aleksandrem Wielkim, Stuartem Malutkim albo Freddym Krügerem. Mogę być zodiakalną żyrafą, susłem, pijanym zającem albo zwykłą świnią. Buduję się wyłącznie z zaprzeczeń: nie jestem tym, kim bywam i bywam tym, kim nie jestem. Pochodzę od wyjątkowo złośliwej małpy, która przedrzeźnia nawet drzewa i chmury, a potem tłucze głową o drzewo bananowe. Na świat reaguję agresją, która sama się uśmierca. Na przykład, gdy włączam telewizor i słyszę znaną nawijkę o wartościach, o narodzie i o prawdziwym Polaku, natychmiast się jeżę i mówię, jakbym składał przysięgę: ‑ Jestem anty-Polakiem… Po chwili czuję jakąś przedziwną ciasnotę i dorzucam: ‑ Jestem też antychrystem, antytalentem, antykwariuszem i antylopą. Tym ostatnim zwłaszcza – ale tym pierwszym niemniej – i wszystkim innym też.

Co gorsza, nie jestem sam. Większość ludzi, z którymi się zadaję, to podobni wywrotowcy, którzy sami się wywracają. Lubią nieprawomyślność, ale czują wstręt do lewomyślności, dlatego pozostają w bezustannym ruchu. Sądzę, że ich działalność powinna zainteresować Państwo. W razie czego służę adresami; czekam na telefon od Instytutu Standaryzacji i Homogenizacji.

W gruncie rzeczy to, wokół czego obsesyjnie krążę, to tzw. potrzeba sensu, która prowadzi do pewnych koniecznych utożsamień. Na każdym kroku tworzy się takie lokalne porządki w ogólnym nieporządku. Na przykład gdy ktoś umrze w rodzinie (dajmy na to – babcia), natychmiast okazuje się, że zmarła ona, podobnie jak dziadek, w sobotę, na dodatek dokładnie w trzy miesiące po nim. Dołączyła do niego. Posprzątała w szafie – jakby przeczuwała. Jej zdjęcie nagle wyblakło w dowodzie – jakby już powoli znikała. Lustro pękło w przedpokoju. Przyśniła się szwagrowi, była bardzo blada w tym śnie i nic nie mówiła. A czy to przypadek, że prąd wysiadł w całej kamienicy? Czy to przypadek, że rozładował jej się telefon? Czy to przypadek, że w godzinie jej śmierci TCM nadawała Siódmą pieczęć? A TVN Kropkę nad i? I tak trwa nasze mozolne szukanie związków, tworzenie pajęczyn, w które łapie się zdarzenia, ugniatanie ziarnistej rzeczywistości w jednolitą masę. Tak trwa ta wzniosła orgia wszystkiego ze wszystkim, której jedynym zadaniem jest zagłuszyć skandal śmierci.

Fakty są głupie, bo my jesteśmy mądrzy. Fakty coś do nas mówią, a my udajemy, że rozumiemy ich mowę. A tak naprawdę wszystkie nasze konstrukcje podtrzymuje skupiony namysł. Kiedy przestajemy je podpierać myślą, natychmiast tracą twarde kontury, podupadają i rozpływają się w ogólnej płynności. I nie chodzi mi tutaj o zastąpienie jednej metaforyki (wieża Babel, szklane domy) drugą (nurt rzeki, żywioł egzystencji). Chodzi o to, że na co dzień przeczymy metaforom, w które wierzymy.

Próbuję to wszystko ogarnąć i wpisać w równe rządki słów, ale rozmieniam się na słowa i obrazy, rozsypuję w bilon. Pozory ładu maskują nieudolnie mój prywatny bałagan, w nim zaś przyczaił się nasz wspólny porządek. Jakbym siedział na przesłuchaniu i kłamał, przekręcał odpowiedzi i bredził od rzeczy – i obserwował, jak powstaje z tego spójna historia, dobrze znana z gazet i telewizji. Bo akt oskarżenia przygotowano znacznie wcześniej.

Uwaga, proszę wstać, sąd idzie! Na dźwięk tych słów tężeję, konsoliduję się i wstaję: przede mną coś jakby sala rozpraw. Czerwone fotele, oplecione purpurowymi wodorostami, w tle podium, niczym rafa koralowa, pod bladą amebą godła. Trzech sędziów rozsadziło się w fotelach. Milczą, patrzą i pęcznieją dostojnie, nabrzękają i puchną, w bulgocie tog i falowaniu flag. Jeden z nich, najbardziej sędziwy, rozkłada przed sobą papiery. Ale akta sprawy sypią się w palcach. Drugi, o wyglądzie buldoga, sięga po mikrofon, ale okazuje się, że elektryka siadła. Trzeci wstaje i próbuje coś powiedzieć, ale trudno o dobrą akustykę pod wodą. A ja, zaplątany w wodorosty, śmieję się po cichu, bo wiem, że ten sąd nie ma prawa mnie sądzić, bo wcale nie jest najwyższy, jest nieumotywowany, wręcz fałszywy, to ja sam go sobie wyrobiłem, a teraz tego żałuję. Sędziowie to ławica ryb, nieudolnie naśladująca ludzkie kształty (właśnie rozpadają się w migotliwe krocie). Sala rozpraw to w istocie złudzenie optyczne, wibracje światła, fluktuacje cieni (właśnie rozpływa się w błękitne falowanie). Tak że na koniec pozostaję sam w tej niezwykle głębokiej wizji, na którą brakuje słów.

Właściwie „brak słów” to dwa słowa. Prosta myśl, niewątpliwa, i mądrej głowie powinna wystarczyć. Przypomniało mi się przy tej okazji słowo „flęźń”, które sam wymyśliłem i które zamierzam opatentować, tylko nie wiem jeszcze dokładnie, co ono może znaczyć. Na razie oznacza coś nienazywalnego, ale doświadczalnego i bardzo konkretnego – tylko co? Wymyśliłem je, grając w scrabble – miałem pięć wysoko punktowanych liter i bardzo chciałem wygrać. Partię przegrałem, bo nikt nie uznał mojego wynalazku, ale wygrałem pewność, że niewyrażalność jest produktem ubocznym języka.

Co tu jeszcze dodać na koniec? Stawiam sobie takie pytanie i czuję się jak uczniak. Wiadomo, w szkole wymagano, aby każde wypracowanie pisemne miało wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Kiedyś pisaliśmy zadanie klasowe o romantykach, a konkretnie o ich wierze. We wstępie powtórzyłem kilka frazesów o sprzeciwie wobec tyranii rozumu, w rozwinięciu o kontakcie z transcendencją u naszych wieszczów, a na zakończenie nie starczyło mi czasu. Dlatego w trzecim punkcie wypracowania napisałem jedynie: „Oto cały tekst o wierze, jeśli wierzyć tekstowi. Jesteśmy tusz-tusz”. Pamiętam, że prof. Ciężarek poprosiła, żebym został po lekcji. – I co ja mam z tym zrobić? – zapytała, mrugając oczami. Ja sam nie wiedziałem, co z tym zrobić i powiedziałem: ‑ Nie wiem. W tym jej mruganiu i w mojej niewiedzy domyślam się jakiejś ważnej zagadki.

„Król rdzy” › Pobierz (pdf)
"Szczekaczka i inne opowiadania" › Pobierz (epub/ mobi)