› Texty

„Nieludzka komedia” › czytaj rozdział I
„Przymierzalnia” › czytaj fragment

PRZYMIERZALNIA (fragment powieści)

 

Pewnego razu podczas wieczornej toalety spostrzegłem, że spuchł mi siusiak. Był o wiele grubszy, niż zazwyczaj – wyglądał jak tłusty, biały robal ze ślepym, czerwonym łebkiem. – O Jezu – powiedziałem do siebie cichutko, bo przestraszyłem się nie na żarty. – Jezu, jeżeli mnie uleczysz do jutra, to przysięgam, że będę się codziennie do Ciebie modlił.
To było na wczasach w Zakopanem. Miałem wtedy kilka lat, może sześć, może siedem. Nazajutrz zbudziłem się jakoś wcześniej niż zwykle. Mamusia i tatuś jeszcze spali. Pobiegłem do ubikacji i spuściłem spodnie. Mój siusiak wyglądał tak jak zwykle – ani śladu wczorajszej opuchlizny. – Wczoraj spuchł, a dziś odpuchł – powiedziałem do siebie, bo przypomniała mi się moja pochopna przysięga. – Przecież nie będę się codziennie modlił. Niech inni klepią pacierze, jakby mieli spuchnięte siusiaki.

 

– Zmyślasz takie historie, żeby mnie obrazić – mówi Ilona i odwraca się do ściany. Na ścianie wisi drewniany krzyż z drewnianym Chrystusem. Chrystus wbija we mnie drewniane spojrzenie – jak osikowy kołek w opętanego. Przyzwyczaiłem się już do Jego widoku. Przyznaję, gdy zobaczyłem Go po raz pierwszy – rozpiętego na krzyżu nad moim łóżkiem – wybuchnąłem śmiechem. Bo zrobiło mi się nieswojo. Tym śmiechem zawstydziłem Jego, a łóżku przywróciłem jego ciepłą i pomiętą łóżkowatość. Ale potem przyszła Ilona, położyła na podłodze kocyk, na kocyku jaśka i bach na kolana, ręce złożyła i mamrocze coś do siebie. Patrzę na nią dość tępo; jej rysy zbiegają się wokół ust, a usta bezgłośnie przeżuwają różne wyrazy i przychodzi mi do głowy, że Ilona „wstąpiła na ścieżkę wiary”.
– Wstąpiłaś na ścieżkę wiary? – pytam głupkowato.
– Wstąpiłam – przytakuje mi Ilona, prostuje się, spogląda na mnie surowo i wygładza fałdy spódnicy. Zauważam, że zmieniła fryzurę –
zrobiła sobie ondulację, na czoło spada jej grzywka, a uszy przykryte są regularnymi puklami. W sumie wygląda to jak aureola w zalążku.

 

– Pójdziesz dzisiaj ze mną do kościoła – mówi Ilona stanowczo. – Tylko się przebierz.
– Ja? – oglądam się odruchowo za siebie… i co widzę? Na ścianie koło regału wisi Matka Boska z dzieciątkiem, taki podświetlany portret. Na szafie święte obrazki. Koło budzika różaniec. Co tu się dzieje? Chryste… Spoglądam na ścianę – krzyż jest jeszcze bardziej drewniany – Matka Boska jeszcze bardziej z dzieciątkiem – Panie, miej litość nade mną… Ale potem myślę sobie – czemu nie, może uda mi się już po wszystkim wyciągnąć Ilonę na piwo z wiśniówką i tym piwem odczynię ją, rozpuszczę w wiśniówce rozcieńczę tę jej skupioną nabożność… Więc mówię:
- Pewnie, że pójdę, kochanie – i zbliżam się do niej, chcę ją objąć, ale ona odsuwa się ode mnie. W jednej chwili robię się czysty i niewinny, i całuję moją damę w rękę. Potem szybko myję zęby, przebieram się w czarne ciuchy i perfumuję, biorę parasol i w drogę.

 

Idziemy. Ilona milczy. Patrzy na mnie z ukosa. Mam wrażenie, że chciałaby poślinić palec i wyczyścić mi ucho. No nic ­­– wymachuję parasolką i idę obok niej. Pół kroku za nią. Z wszystkich stron ściągają wierni. Błoto mlaska pod ich podeszwami. Nad wejściem do kościoła transparent „Bóg Cię kocha” i przekreślony aparat – zakaz fotografowania. Przy wejściu tłok. Ludzie milkną już w przedsionku, wycierają buty i zdejmują czapki. Moczą palce w miseczce z wodą i żegnają się. Na ołtarzu są różne wizerunki, ale wszystkie jakby zanurzone w ciekłym metalu; z daleka widać tylko morze złota. Po bokach stoją anioły i wskazują na te strumienie złota, jakby zachwalały rekordowy wytop surówki. Siadamy w pustej ławce. Wciąż patrzę na te złocistości i nagle czuję, że chce mi się sikać. Czy jest tu ubikacja? Odwracam się, żeby zapytać o to Ilonę, ale ona już się modli, więc rezygnuję. Koło nas siadają jacyś ludzie; jest trochę ciemno i nie widzę ich twarzy. Rozglądam się dokoła, jak ktoś wyrwany nagle ze snu. Sala jest potężna i wysoko sklepiona, strop podtrzymują ogromne filary. Przez pstrokate witraże wpada światło i tonie w chłodnym półmroku wnętrza. Z przodu stoi ołtarz i trybuna dla księdza, czerwony dywanik spływa po trzech stopniach na posadzkę. W środku te ławki – skrzypiące i stanowczo za małe. Na klęczniku trzymam stopy, a górna listwa uciska mi kolana. Oglądam się dyskretnie za siebie; pewnie będę komuś zasłaniał. Za mną jakieś chłopaki wymieniają się grami. Czuję się jak na zajęciach wyrównawczych – stary osioł. Wciskam się głębiej w ławkę i patrzę raz jeszcze na to wszystko – już zupełnie przebudzony – i nie wierzę własnym oczom. Postawili taki bunkier – i od razu „kościół”! Ustawili w środku parę ławek – i zaraz „dom Boży”!
Więc patrzę jeszcze bardziej, a im bardziej patrzę, tym bardziej nie wierzę w to, co widzę. Z gzymsów zwieszają się jakieś karnawałowe girlandy, spod nich zaś wystają niebieskie flagi, jak insygnia podziemnego państwa. W niszach, za żelaznym okratowaniem, widać jakby miniaturowe kaplice z podrzędnymi świętymi; przypomina to teatrzyk kukiełkowy albo szopkę. Stoją tam też wysokie skarbonki, zwieńczone malutkim otworkiem na monetę. Wzdłuż ścian ciągną się bliźniaczo podobne do siebie obrazy. Środkiem idzie lekkie pokasływanie i tłumione szepty. Całą salę wypełniają rzędy głów, głowy w różnych odcieniach szarości, pochylone, wciśnięte w ramiona, zasłuchane w ten suchy poszept. Ksiądz zjawia się nareszcie i wszyscy milkną. Ubrany jest na biało, wznosi ręce do góry i mówi: – Brocio i siostro… Składa przy tym usta w trąbkę, jakby całował kogoś w rękę. Zebrani padają na kolana. – Mó…dlmo siyyy – intonuje ksiądz, a tłum podejmuje wątek. Zaczyna się msza. Nie słucham uważnie, dobiegają mnie tylko jakieś strzępy recytowanych fraz. Skupiam się na wewnętrznych poruszeniach, wsłuchuję się w siebie… Boże, zapaliłbym sobie… To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Papierosy mam w kieszeni. Ale tu nie wolno. Tu nie wolno nawet robić zdjęć. Obracam papierosa w palcach. W myślach. Powoli i z namaszczeniem. Wszyscy się modlą. Ilona. Staruszka w brązowym płaszczu. Chłopcy z kieszeniami pełnymi płyt. Dziewczynki z kokardami. Bezzębny facet w bluzie z Batmanem. Wyciągam zeszyt i notuję: „Na czym to się opiera? Na czym to stoi?”. Ilona spogląda na mnie z wyrzutem. Czy to grzech – robić notatki z mszy?
– To grzech – szepcze bezgłośnie Ilona i daje ręką znak, żebym schował zeszyt. Robi przy tym taki gest, jak dyrygent, który chce uciszyć sekcję dętą. Jak na koncercie symfonicznym. Grzech – grzech – grzech: dzwonek dzwoni po trzykroć i trzeba przyklęknąć. Bracia i siostry, dzisiaj w programie msza h-moll op. 74. Teraz dopiero się zaczyna. Dyrygent wznosi w górę ręce i fagot wprowadza wstępny posępny motyw na tle kontrabasów. Coś pięknego. Wsłuchuję się w te dźwięki z zapartym tchem i powoli wchodzę w siebie przez las pustych zbroi. Introibo ad altare Dei – oto pojawia się w altówkach i wiolonczelach bolesny i niespokojny temat pierwszy, że cierpienie uszlachetnia. Ale ponury nastrój znika – od cierpienia do nagrody droga krótka i bezbolesna – koloryt orkiestry jaśnieje przez wprowadzenie skrzypiec. Słyszę jak burczy mi w brzuchu; moje kiszki kurczą się i rozprostowują. Jakbym nosił w sobie gniazdo węży. Ale to nic, wszyscy jesteśmy grzesznikami. Andante przynosi kojące uspokojenie; unosi mnie śpiewna, pełna niewysłowionego liryzmu melodia głównego tematu, wywiedziona z motywu wstępu. Początek repryzy przychodzi jak wybawienie. Gdy dynamiczne nasilenie ustępuje, a melodia cichnie w delikatnym pianissimo, robię się troszkę senny. Zamykam oczy i widzę Ilonę, która drapie się po kroczu jak mała dziewczynka. Następuje allegro con grazia; ponad wybijanym przez kotły rytmem skrzypce rozwijają melancholijną melodię. I powstaje obłok i zacienia nas, i wchodzimy w ten obłok. Wtedy Ilona powiada: – Jeżeli ty ze mną, no wiesz, to ja tego – i w prawdziwym scherzo, pełnym żywiołowego temperamentu klęka raz za razem i podnosi się z kolan w szybkich triolach ósemkowych. Brawo! To wszystko jednak tylko tło – to tylko tło, bo oto obój intonuje krótki marszowy motyw, który zyskuje na sile i w końcu dominuje w potężnym majestatycznym marszu. Chór podejmuje wątek i rozpada się na głosy. – Deus deus kosmadeus – niesie się tu i tam. Wtem nagle dyrygent jak nie machnie w stronę bębnów, a one dum-dum-dum. A ja powstaję ze snu i powiadam:  Biada wam, albowiem byłem umarły, a żyję wiecznie i mam klucze do nieba i ziemi!
I pochylam się nad grobem mamy. I cmentarz zalany światłem, jak to się mówi. Wrony latają parami jak cudzysłowy. Ciocia Hela podaje mi reklamówkę z cmentarnymi przyborami; w środku butelka, szmatka, szczotka do szczotkowania i pasta do pastowania. Szczotkujemy i pastujemy płytę nagrobną, która udaje granit. Prostując się, widzę morze nagrobków i rzadkie klomby, pomiędzy którymi przemykają ludzie – pomarszczone, ziemiste skrzaty. Widzę wszystko wyraźnie w przejrzystym cmentarnym powietrzu. Woń ziemi splata się w jedno z zapachem parafiny. Wytrzyjze jesce tu – ponagla Ciocia. – Podlej ten bukiyt i zapal lampke. Widzę jak z rozmiękłej ziemi wyłazi tłusty, biały robal. – No to lez sobie bidulko – puentuje Ciocia i robi znak krzyża, i jeszcze zwraca się do mnie: – Ma duzo kwiatów, nie moze narzykać.
W drodze powrotnej – nieopodal śmietnika i kranu, w wypełnionym wodą kanale odpływowym – spostrzegam plastikową figurkę Chrystusa. Przyklękam, żeby przyglądnąć się z bliska: niebieska farba odłazi Mu z twarzy i żeber, pewnie dlatego tutaj wylądował. Ale On chyba się tym nie przejmuje – ramiona rozpostarł szeroko, patrzy w niebo i w ogóle wygląda jakby pływał na plecach.
Tuż obok śmietnika rzuca się w oczy potężny czarny nagrobek z napisem „Kazimierz Rosół”; aż mnie ciarki przechodzą na myśl o ciepłym bulionie. A dalej – jakby na zagrychę – „Alina Buła”; momentalnie robię się głodny. Podnoszę się z klęczek i z rozdziawioną gębą ruszam przed siebie – alejką wśród nagrobków, wśród krzywo przyciętych, poczerniałych od dymu krzaczków – i zewsząd atakują mnie kolejne napisy: „Władysław Żurek”, „Mirosław Skwarek” i „Stefania Pstrąg”, „Helena Bigos”, „Maria Owsianka” i „Wojciech Siwucha”, na koniec i jakby na deser „Adam Migdał” i „Leokadia Kawa”. I przepełniony taką mnogością zbudzonych zapachów i smaków, gdy jestem już tak głodny, tak nienasycony, że mógłbym zjeść wszystko – robaki, kwiaty, monstrancje – nagle, tuż przy wyjściu, spostrzegam ze zdumieniem napis „Jerzy Nieświeży” i robi mi się nieswojo. I pojmuję, że dałem się złapać na tamte napisy, syciłem się nimi, a teraz pan Nieświeży staje przede mną jak posłaniec złej nowiny. Biegnę przed siebie z ustami pełnymi tych wszystkich smaków, roztrącam ludzi stojących w zbitej ciżbie i widzę wieńce, pusty katafalk, i księdza, który mówi: - Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…
Amen! Tymczasem msza trwa w najlepsze. Druga część mojego opus magnum zbliża się do końca. Ludzie siedzą sztywno i w nabożnym skupieniu chłoną dźwięki. Ktoś kasła cichutko. Ktoś wychodzi bocznym wyjściem, nad którym jarzy się napis „exit”. Lampka mruga leciutko, jakby na znak, że nie należy brać tego wszystkiego na serio. Przy drzwiach stoi pani z popcornem, obok skarbonki na datki i obrazka z upadłym Chrystusem. Dalej wiszą plakaty filmowe z aktorami w różnych pozach, faksymile rękopisów, obwieszczenia o ujemnym przyroście naturalnym i zachęty do prokreacji, reklamy karnetów w promocyjnych cenach, relacje z papieskich pielgrzymek i listy nagrodzonych w konkursie wiedzy o kinie włoskim. – Odpuść nam nasze winy – zawodzi sopran – jako i my odpuszczamy naszym winowajcom! – Przyszła ulewa jak miasto kakao – odpowiada śpiewnie alt – jak w taksi manekinu!
Brawo! Zapisuję to skrzętnie w zeszyciku i czym prędzej publikuję. Książka rozchodzi się szybko na podziemnych mszach i tajnych synodach. Prasa brukowa drukuje moje podobizny z kocim łbem zamiast głowy. Natychmiast też dzwoni wydawca i proponuje, żebym zwracał się do niego per „synu”. Potem Żmijewska: – Czytałam – mówi – piękny wiersz… zwłaszcza to kakao… po prostu brak mi słów… – Dziękuję ci, córko – odpowiadam – cieszy mnie wielce… – Wszystkim się podobało – przerywa mi ona – zresztą sam się ich spytaj.
Rzeczywiście, wszyscy już są albo prawie że, i kiwają głowami w rytm końcowego adagio, które oparte jest na rozwiniętym i przekształconym motywie początkowym. Coś pięknego. Aż szklanka wysuwa mi się z ręki i upada przede mną z brzękiem. Krótkie tutti zanika w głuchych tonach puzonów i tuby. Rozlane piwo na stoliku tworzy coś na kształt korony. Tak, korona jest cała złota i jakby robiona na miarę, i leży przede mną płasko na stole. Przeto próbuję ją przymierzyć, aby królować na wieki wieków – czyż nie jestem panem stworzenia? Odpowiada mi tylko śmiech. Wszyscy wkoło śmieją się, niepomni że cośtam-cośtam. Pararararam-AmmAmm – niesie się tu i tam. A ja powiadam: Biada wam. Orkiestra Tatam-Tam. A teraz poproszę jeszcze raz piwo z wiśniówką i jako tako zasiadam w obłoku niczym w pustej kołysce, albowiem jestem tu, ażeby ażeby.

„Grawitacje” › czytaj fragment

Saga (fragment)

Dzisiaj rano, wracając do domu z piekarni, spotkałem przygłuchego sąsiada z drugiego piętra. ‑ Dzień dobry, dzień dobry – rzucił w moją stronę, przekonany, że witam go już z daleka; najwidoczniej usłyszał to, co chciał, zupełnie jak lokalny ksiądz, który na moje milczenie odpowiada nieodmiennie „na wieki wieków”. W ręku miałem siateczkę z bułeczkami i jedno jej ucho mi się wymsknęło, tak że zatrzymałem się gwałtownie, żeby lepiej tę siateczkę uchwycić, i sąsiad też się zatrzymał, bo pomyślał, że do niego zagaiłem. ‑ Aaa, dziękuję, jakoś leci… – powiedział z zadowoleniem. – A u pana? Miałem ochotę go zignorować – ale, ostatecznie, jak to tak, udawać głuchego… przed nim? Więc bąknąłem, że wszystko gra. Wtedy sąsiad ożywił się niespodziewanie: ‑ Proszę? Nie dosłyszałem. ‑ I zaczął majstrować koło aparaciku przyklejonego do małżowiny. ‑ Wszystko gra! – zawołałem. ‑ Co pan mówi? – sąsiad zbliżył się do mnie bokiem i nadstawił w moją stronę to lepsze ucho. ‑ Jakiego konia? ‑ Mówię, że wszystko gra!! – krzyknąłem, rozglądając się mimowolnie na boki. Osiedlowa ulica, trochę rzadkiego śniegu, wrony, pusto. Tylko my tutaj, we dwóch, próbujący nieudolnie doprowadzić swoje role do końca; on zwrócony ku mnie bokiem, jak gołąb, i ja nachylony nad nim, z siateczką bułeczek w ręku. ‑ Wie pan, ja nie najlepiej słyszę… Nie wytrzymałem, przyskoczyłem do niego i wrzasnąłem do ucha: ‑ Wszystko gra!!! WszyYY-stkOOo-grAAAa!!! Mam to panu napisać na kartce?!
Usłyszałem echo swojego głosu, odbijające się od bloków – i usłyszałem swój własny okrzyk jakby z zewnątrz – co ja właściwie wrzeszczę? Wszystko gra… Nie „wszystko poezja”, nie „wszystko, co ludzkie…”, ale: „wszystko gra”!! Potężny nihilizm tego powiedzonka ocucił mnie natychmiast i wyprostowałem się, olśniony, pośród tych marnych, gomułkowskich dekoracji, i spojrzałem na sąsiada jak na jakąś atrapę. Ten natomiast, nic nie mówiąc, odwrócił się i sobie poszedł. Po powrocie do domu zapisałem to sobie na kartce. Śmieszne, prawda? Wywrzeszczeć coś ze wszystkich sił głuchemu, żeby to potem zapisać. Śmieszne powiedzonko, śmieszna rozmowa z sąsiadem na śmiesznej ulicy o śmiesznej nazwie (Tadeusza Kantora). Śmieszna Umarła klasa, śmieszna klasa pracująca, przelicznik walut i śmierć. ‑ Wszystko gra, prawda? ‑ Taaa, wszystko prawda… To prawda, że nie wiemy, co mówimy. Nie mówiąc o tym, co piszemy. Bo jeżeli wszystko gra i wszystko prawda, to cały świat jest lapsusem, dowodem nieograniczonej nieodpowiedzialności za słowo.

Zamęt (fragment)

Pół listopada spędziłem w Paryżu – reprezentowałem gospodarstwo literatury polskiej na Internationale Biennale des Poètes. Pierwszy raz brałem udział w czymś takim… chociaż wiele razy zaszczycałem rozmaite festiwale, zloty czy dni kultury polskiej, niczego podobnego nie widziałem. Siedziałem tam dwa tygodnie w oczekiwaniu raptem trzech występów, podczas których publika nie rozumiała mnie ni w ząb – nikt tam nie mówił po polsku! Właściwie mogłem opowiedzieć im jakiś dowcip! Za to ja nie rozpoznawałem własnych tekstów po francusku – przypominały wiersze Supervielle’a albo coś jeszcze gorszego. Zresztą, te wiersze, pisane jeszcze w ubiegłym stuleciu (w tym nie splamiłem się w ogóle mową wiązaną), były płodami innego mnie… tak dalekiego, że dzieli mnie od tamtego mnie kilka pośrednich modeli Franczaka. Mój rozpad nie jest bowiem połowiczny – oddzielam się od siebie każdej minuty i co chwilę gubię w tłumie moich „ja”. I żeby marzyć o scaleniu, trzeba być takim właśnie Julesem (Je compte mes moi dispersés que je rassemble en toute hâte/ Me revoici tout entier).
W hoteliku, usytuowanym tuż za péripherique – za dziesięcioma nitkami jezdni, po której bezustannie sunęły te ich peugeoty i citroeny – pomieszczono kilkudziesięciu poetów z całego świata. Wszystkich zajmowała głównie jedna rzecz – ta sama, która zajmuje mnie w tej chwili: problemy z komunikacją. I nie chodziło nawet o znajomość języków (w hotelowym barze królowały angielski i francuski, ale zawsze mieszały się z jakimś obcym ćwierkaniem, mlaskaniem czy charkotem), lecz o ogólną i szczególną zdawkowość naszych relacji. Rozmawialiśmy o tym, wyobraźcie sobie! Aharon z Tel Awiwu powtarzał, że coś się zatraciło – i że pamięta inny Paryż, ten z lat 60.; podobnie Sigurd z Reykjaviku. Giuliano utrzymywał, że dziś w ogóle nie ma żadnego przepływu idei, a słowo poetyckie krąży jedynie po ojczyźnie poety, to jest po ojczystych campusach uniwersyteckich. Wahid, Palestyńczyk, obciążał winą organizatora i nawet się na niego obraził, Elena z Moskwy zaś twierdziła, że po prostu towarzystwo jest drętwe i za mało pije. Wszystko to w każdym razie – te nasze ciasne gadki i rozpaczliwe metagadki w pustym barze hotelu „Kyriad”, w którym bezustannie serwowano nam Eurosport – wszystko przypominało jakieś więzienne widzenia, kiedy to ludzie rozdzieleni grubą szybą rozmawiają przez mikrofoniki. Gruba szyba była między nami i każdy, kto wykonał jakiś gwałtowny, nazbyt spontaniczny gest, uderzał w nią nosem.
I tak to się toczyło; wstawałem rano – za późno, żeby zjeść śniadanie – i rozpoczynałem korowód rozmówek, bali i kotylionów… Croissant z Nazirem, kawka z Jeamel, papieros z Ly, beaujolais z Jerôme’em, sushi z Sigurbjörg, whisky z Kestonem… Wieczorem, przepełniony subtelną kuchnią, znużony rozmową na wysokim diapazonie, żywotem flaneura, turysty-intelektualisty i galernika muzeów, czułem się wyprany z uczuć i myśli, nieludzko kulturalny, nienaturalnie pusty. Francuzi znoszą taki żywot dobrze – mają do tego specjalny esprit, szósty zmysł racjonalności; odnosi się wrażenie, że fałdy ich mózgów są starannie uplisowane według najnowszej mody. Dla mnie każdy kontakt podszyty jest dywersją, każda rozmowa podminowana bełkotem, każda lampka wina zagrożona pijaństwem (to ostatnie rozumiała tylko Rosjanka – wspólnie znosiliśmy zdziwione, drwiące, na koniec szydercze spojrzenia czarnych kelnerów, serwujących nam kolejne lampki podczas oficjalnych bankietów).
Wracałem nocą do swojego pokoiku, wieszałem na klamce kartkę „do not disturb”, otwierałem okno z widokiem na obwodnicę, po której przesuwały się szklane paciorki samochodów, i wydmuchiwałem przez nie dym. Żeby spać w dobrze wywietrzonym pokoju. Po czym, zdawszy sobie sprawę z własnej małostkowości, kładłem się na łóżku i dmuchałem w drugą stronę. Sufit biały, świeżo pomalowany, bez zacieków, które można by odczytać (na przykład jako strzałkę – wskazującą na pokój Iranki…). W telewizji to samo gówno, które przelewa się po polskich kanałach. Świeżo kupione książki Sollersa i Aymé leżą na biurku obojętne i obce, wsobne jakieś êtres-en-soi. Kartka papieru nieznośnie biała, pusta, cienka i prostokątna. Światełka drapaczy chmur i niebo w sińcach. Ennui! Zasypiałem i śniło mi się, że nadal leżę na wznak, w sterylnej hotelowej pustce, i na dodatek skończyły mi się papierosy.
Z tej nudy pewnego wieczora napisałem Wyznania mizantropa. Rano zszedłem do baru zadowolony, zjadłem croissanta z Sigurbjörg i pożyczyłem od niej notebooka, żeby przeczytać maile. Otrzymałem naraz kilka listów od tłumaczek (fragmentów) Przymierzalni. Barbora pisała, że nie wie, jak przełożyć na czeski nazwiska znaczące (Uszko, Szrama, Klimaszewska i Radny) oraz że nie rozgryzła skrótu NBJC. Odpisałem, że nazwiska niewiele znaczą, a skrót oznacza Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus. Tatiana pytała, czy musi szukać słoweńskich cytatów z Dantego oraz co to jest „kusfatka”. Napisałem, że musi i że kusfatka to… sam dokładnie nie wiem, taki paproch jakiś. Katia twierdziła, że w żadnym słowniku nie znalazła słowa „flęźń”. Napisałem, że nic dziwnego, bo to moje prywatne słowo, a oznacza coś, co nie ma nazwy i przez to jest w najwyższym stopniu obrzydliwe. Siorbiąc kawę i wstukując te durne i chmurne odpowiedzi, zrozumiałem po raz kolejny, że nie rozpoznam się w żadnym przekładzie – i nic dziwnego, skoro nie rozpoznaję się nawet w oryginale! I że nie ma mowy o żadnej komunikacji, i że „autentyczna komunikacja” to oksymoron; wszak communicare oznacza uczynić coś wspólnym, a wspólny jest tylko bezsensowny, nic nieznaczący, niezrozumiały bełkot – to masło maślane naszego idem per idem – i do niego sprowadzony musi być każdy wyraz i grymas.
Kawa był niedobra, pogoda nikczemna, a Siga małomówna. Natłok irytujących drobiazgów – na przykład, że portier uśmiechał się dwuznacznie, metro strajkowało, a mnie zapłacono czekiem – skutecznie zagłuszał tak zwane proste radości, spychając je na tak zwane stracone pozycje… I po raz ostatni ruszyłem na spacer po tym mieście, po jałowej ziemi rues, ruelles i avenues… I dopiero, gdy napisałem ten tekst, zrobiło mi się lepiej, to znaczy najpierw zrobiło mi się niedobrze od nadmiaru patosu, malkontenctwa, hankoru i aprenudelużyzmu, a potem coś się we mnie zmieniło, coś się gwałtownie przekręciło… Chodziłem ucieszony, wybawiony z zamętu po ożywionym nagle mieście, pod rozpogodzonym niebem, pozdrawiałem sprzedawców souvenirów i całowałem bukinistów. Wieczorem namówiłem kilkoro poetów różnych ras, wyznań i szkół poetyckich i poszliśmy wspólnie na disco. Allez! Wlałem w siebie butelkę wódki i całą noc miotałem się w świetle stroboskopów z jakimiś lolitkami – sam nie wiem, jak długo to trwało – wróciłem chyba taryfą, z pewnością bez mojego koleżeństwa po piórze – a rano obudziłem się nieprzytomny, bez grosza, za to z bólem głowy i spojrzawszy na zegarek, stwierdziłem, że właśnie z lotniska Charles de Gaulle startuje mój samolot.
Powinienem być wściekły, przeklinać mój pusty los i miotać przekleństwa – tymczasem byłem lekki i beztroski, nieprzytomny i nieważki, zstąpiłem do baru, zamówiłem garnek muli i butelkę wina i pożarłem je, oglądając mecz towarzyski Francja–Senegal. Pożegnałem się wylewnie z francuskimi poetami i z pozostałymi członkami reprezentacji „reszty świata”, przebukowałem bilet, poszedłem do biura organizatora i dostałem piękny czek, tudzież stos książek. Dostałem też odpowiedzi na moje wczorajsze maile:
„zostawilam flezn po polsku i tak jest spoko. jestes w paryzu? zadroszcze! uscis ode mnie eiffelowki. do widzenia aus berlin. katia”
„mysle ze już wiem o co biega, o reszte zapytam twoich kolegow. zaraz się widzimy w lokatorze i pijemy twoje zdrowie :) pozdro. tj”
„cze jurek! poradzilam sobie, poszlo do radia. jestem w glebokiej azji, jest zimno ale za to tu nie ma swiat, choinek i calej tej chujni. 3maj się, poka. bara”
Odpisałem: „dzieki, dzieki po 100kroc, to piekne ze ludzie jednak mogą się dogadac. paryz jest zaje fajny, festiwal super. naprawde – zyc nie umierac! albo na odwrot. serde. ju”

Bilon (fragment)

Kilka lat temu, kiedy pracowałem jako asystent reżysera na planie filmowym Wesela AD 2003, akurat w chwili gdy razem ze Staszkiem rozstawialiśmy reflektory, zadzwonił mi w kieszeni telefon: „numer zastrzeżony”. Kobiecy głos informował mnie, że należy do niejakiej Maliny Malinowskiej, dziennikarki Radia Kraków, i że jestem zaproszony jutro w godzinach popołudniowych na dyskusję studyjną o młodej literaturze. Nazajutrz czekały mnie zdjęcia w plenerze, więc odmówiłem. Moja rozmówczyni zdziwiła się, zaproponowała, żebym się kiedyś odezwał, pożegnaliśmy się chłodno, zapisałem jej numer i zabrałem się z powrotem za reflektor. Po chwili – akurat wtedy, gdy razem z Leszkiem mocowaliśmy się ze statywem – telefon znowu zadźwięczał: esemes od mamy. „kiedy bEdziesz? DAWNO CIE NIE WIDZIALAM. Wiesz, Ze ciE kocham?”. Poczekałem, aż usztywnimy statyw – poczekałem, aż skręcimy kolejną scenę – pobiegłem jeszcze po bukłak, który grał w ostatnim epizodzie – i w końcu, łapiąc oddech w jakiejś przerwie, odpisałem: Tez cie kocham. BEdE wieczorem… I mechanicznie, wyćwiczonym ruchem odnajdując właściwy adres w spisie telefonów, wysłałem wiadomość do… do pani Maliny! Gdy zrozumiałem, że wiadomość trafiła do tej dziennikarki, zatrzymałem się – a rozplątywałem akurat kable od monitora – i zdałem sobie sprawę z faux pas, wyobraziłem sobie zdziwienie pani Maliny i pomyślałem, że powinienem natychmiast do niej zadzwonić… Ale ogarnęła mnie jakaś niechęć, niemożność tłumaczenia się z tej pomyłki, cała historyjka była głupawa i wolałem już zostawić to, jak jest. I stojąc tak pośród filmowych dekoracji, z telefonem w ręku, pomyślałem, że w sumie tak jest zawsze: że pisze się pospiesznie, zdawkowo i wysyła pod niewłaściwy adres – to wyznanie miłości, które zmienia się w szyderstwo i trafia w pustkę.

A więc tutaj trafiło moje „wyznanie miłości”? Ależ tu nie ma żadnej pustki – ja tu jestem i czytam, co napisałem – i myślę sobie, że język ponosi. I mnie udziela się wzniosłość, jak widać, dosiadam jakiejś metafory i galopuję na niej w podobłoczne rejony. Piszę np. o „próbie przerzucenia pomostu nad przepaścią rozdzielającą życie od pisania, ciało od kartki papieru”. I że „bycie w wierszu i bycie w świecie zbiegają się w tym geście”. A potem przyglądam się z ukosa temu, co napisałem… Czytam te zdania w „Twórczości” i aż się rumienię. Co to znaczy, że te dwa bycia się „zbiegają”? Chwila namysłu i obszerny, bezkształtny habit wzniosłości zbiega się do rozmiarów wdzianka dla psa. Wdzianko okazuje się za ciasne, źle skrojone, nie ma otworu na ogon, za to ma tren i woalkę. Czy tylko tak mi się słowa zbiegły? A może ja sam jestem zbiegiem – i uciekam przed sobą samym – i chowam się w świątyni mętnych objawień?

Czytam jeszcze raz tę anegdotę z planu zdjęciowego i czuję, jak rośnie wokół mnie głucha, omszała niedziela, kościółek, w którym objawia się tylko ksiądz, tępa sytość codziennego kontaktu z Bogiem. Jeżeli „tak jest zawsze”, to trzeba wystrzelić kościół w kosmos albo wymyślić innego Boga.

Boga nie trudno wymyślić, trudniej go nie wymyślać. W tej chwili nasuwają mi się inne anegdoty, alegorie pisania, dowody na istnienie Boga, elementarze istnienia – wszystkie równie dobre i równie prawdziwe. Na przykład ten drewniany klocek, który Iga trzymała na półce nad łóżkiem… Napisała na nim „kawałek drewna”. Byłem zachwycony: to było jak magiczne zaklęcie, które miało powstrzymać przemianę klocka w żuka, w rzodkiewkę, w kasę pancerną, w cokolwiek – jakby mógł być czymkolwiek – jakby w każdej chwili mógł przejść jakąś metamorfozę. „Kawałek drewna”: jak próba głosu, jakbyśmy dopiero uczyli się mówić. Nie wiem, co się stało z tym klockiem. Nie, Iga nie wrzuciła go do Wisły, nie spaliła go ani nie odesłała mi priorytetem. Rozstaliśmy się wiele lat temu, ten klocek jest bez znaczenia, nie wiadomo, co się z nim stało i nikogo to nie obchodzi, nawet mnie. Może symbolizuje obojętność świata? Albo tajemnicę wszechrzeczy? Bo właściwie może znaczyć cokolwiek.

Tak sobie myślę, że ja też mogę być kimkolwiek – Aleksandrem Wielkim, Stuartem Malutkim albo Freddym Krügerem. Mogę być zodiakalną żyrafą, susłem, pijanym zającem albo zwykłą świnią. Buduję się wyłącznie z zaprzeczeń: nie jestem tym, kim bywam i bywam tym, kim nie jestem. Pochodzę od wyjątkowo złośliwej małpy, która przedrzeźnia nawet drzewa i chmury, a potem tłucze głową o drzewo bananowe. Na świat reaguję agresją, która sama się uśmierca. Na przykład, gdy włączam telewizor i słyszę znaną nawijkę o wartościach, o narodzie i o prawdziwym Polaku, natychmiast się jeżę i mówię, jakbym składał przysięgę: ‑ Jestem anty-Polakiem… Po chwili czuję jakąś przedziwną ciasnotę i dorzucam: ‑ Jestem też antychrystem, antytalentem, antykwariuszem i antylopą. Tym ostatnim zwłaszcza – ale tym pierwszym niemniej – i wszystkim innym też.

Co gorsza, nie jestem sam. Większość ludzi, z którymi się zadaję, to podobni wywrotowcy, którzy sami się wywracają. Lubią nieprawomyślność, ale czują wstręt do lewomyślności, dlatego pozostają w bezustannym ruchu. Sądzę, że ich działalność powinna zainteresować Państwo. W razie czego służę adresami; czekam na telefon od Instytutu Standaryzacji i Homogenizacji.

W gruncie rzeczy to, wokół czego obsesyjnie krążę, to tzw. potrzeba sensu, która prowadzi do pewnych koniecznych utożsamień. Na każdym kroku tworzy się takie lokalne porządki w ogólnym nieporządku. Na przykład gdy ktoś umrze w rodzinie (dajmy na to – babcia), natychmiast okazuje się, że zmarła ona, podobnie jak dziadek, w sobotę, na dodatek dokładnie w trzy miesiące po nim. Dołączyła do niego. Posprzątała w szafie – jakby przeczuwała. Jej zdjęcie nagle wyblakło w dowodzie – jakby już powoli znikała. Lustro pękło w przedpokoju. Przyśniła się szwagrowi, była bardzo blada w tym śnie i nic nie mówiła. A czy to przypadek, że prąd wysiadł w całej kamienicy? Czy to przypadek, że rozładował jej się telefon? Czy to przypadek, że w godzinie jej śmierci TCM nadawała Siódmą pieczęć? A TVN Kropkę nad i? I tak trwa nasze mozolne szukanie związków, tworzenie pajęczyn, w które łapie się zdarzenia, ugniatanie ziarnistej rzeczywistości w jednolitą masę. Tak trwa ta wzniosła orgia wszystkiego ze wszystkim, której jedynym zadaniem jest zagłuszyć skandal śmierci.

Fakty są głupie, bo my jesteśmy mądrzy. Fakty coś do nas mówią, a my udajemy, że rozumiemy ich mowę. A tak naprawdę wszystkie nasze konstrukcje podtrzymuje skupiony namysł. Kiedy przestajemy je podpierać myślą, natychmiast tracą twarde kontury, podupadają i rozpływają się w ogólnej płynności. I nie chodzi mi tutaj o zastąpienie jednej metaforyki (wieża Babel, szklane domy) drugą (nurt rzeki, żywioł egzystencji). Chodzi o to, że na co dzień przeczymy metaforom, w które wierzymy.

Próbuję to wszystko ogarnąć i wpisać w równe rządki słów, ale rozmieniam się na słowa i obrazy, rozsypuję w bilon. Pozory ładu maskują nieudolnie mój prywatny bałagan, w nim zaś przyczaił się nasz wspólny porządek. Jakbym siedział na przesłuchaniu i kłamał, przekręcał odpowiedzi i bredził od rzeczy – i obserwował, jak powstaje z tego spójna historia, dobrze znana z gazet i telewizji. Bo akt oskarżenia przygotowano znacznie wcześniej.

Uwaga, proszę wstać, sąd idzie! Na dźwięk tych słów tężeję, konsoliduję się i wstaję: przede mną coś jakby sala rozpraw. Czerwone fotele, oplecione purpurowymi wodorostami, w tle podium, niczym rafa koralowa, pod bladą amebą godła. Trzech sędziów rozsadziło się w fotelach. Milczą, patrzą i pęcznieją dostojnie, nabrzękają i puchną, w bulgocie tog i falowaniu flag. Jeden z nich, najbardziej sędziwy, rozkłada przed sobą papiery. Ale akta sprawy sypią się w palcach. Drugi, o wyglądzie buldoga, sięga po mikrofon, ale okazuje się, że elektryka siadła. Trzeci wstaje i próbuje coś powiedzieć, ale trudno o dobrą akustykę pod wodą. A ja, zaplątany w wodorosty, śmieję się po cichu, bo wiem, że ten sąd nie ma prawa mnie sądzić, bo wcale nie jest najwyższy, jest nieumotywowany, wręcz fałszywy, to ja sam go sobie wyrobiłem, a teraz tego żałuję. Sędziowie to ławica ryb, nieudolnie naśladująca ludzkie kształty (właśnie rozpadają się w migotliwe krocie). Sala rozpraw to w istocie złudzenie optyczne, wibracje światła, fluktuacje cieni (właśnie rozpływa się w błękitne falowanie). Tak że na koniec pozostaję sam w tej niezwykle głębokiej wizji, na którą brakuje słów.

Właściwie „brak słów” to dwa słowa. Prosta myśl, niewątpliwa, i mądrej głowie powinna wystarczyć. Przypomniało mi się przy tej okazji słowo „flęźń”, które sam wymyśliłem i które zamierzam opatentować, tylko nie wiem jeszcze dokładnie, co ono może znaczyć. Na razie oznacza coś nienazywalnego, ale doświadczalnego i bardzo konkretnego – tylko co? Wymyśliłem je, grając w scrabble – miałem pięć wysoko punktowanych liter i bardzo chciałem wygrać. Partię przegrałem, bo nikt nie uznał mojego wynalazku, ale wygrałem pewność, że niewyrażalność jest produktem ubocznym języka.

Co tu jeszcze dodać na koniec? Stawiam sobie takie pytanie i czuję się jak uczniak. Wiadomo, w szkole wymagano, aby każde wypracowanie pisemne miało wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Kiedyś pisaliśmy zadanie klasowe o romantykach, a konkretnie o ich wierze. We wstępie powtórzyłem kilka frazesów o sprzeciwie wobec tyranii rozumu, w rozwinięciu o kontakcie z transcendencją u naszych wieszczów, a na zakończenie nie starczyło mi czasu. Dlatego w trzecim punkcie wypracowania napisałem jedynie: „Oto cały tekst o wierze, jeśli wierzyć tekstowi. Jesteśmy tusz-tusz”. Pamiętam, że prof. Ciężarek poprosiła, żebym został po lekcji. – I co ja mam z tym zrobić? – zapytała, mrugając oczami. Ja sam nie wiedziałem, co z tym zrobić i powiedziałem: ‑ Nie wiem. W tym jej mruganiu i w mojej niewiedzy domyślam się jakiejś ważnej zagadki.

„Trzy historye” › czytaj fragment

SZCZEKACZKA. Powieść z tezą ROZDZIAŁ I, w którym Czytelnik poznaje moją rodzinę i jej włości, a także pierwsze złowróżbne znaki, zapowiadające tragedię, która jest przedmiotem niniejszej opowieści.

Wszystko zaczęło się już pierwszego dnia. Wuj Zbylut wysłał mnie do sklepu po karmę dla rybek. Za własne pieniądze kupiłem największe i najtłustsze robaki (niech wiedzą wszyscy, że mam gest! – pomyślałem). Po powrocie do domu – o ile ten ogromny skansen i rupieciarnię nazwać „domem” – wsypałem całą ruchliwą zawartość torebki do akwarium. Nie patrząc, co dzieje się dalej – jako że brzydzę się wszelką przemocą – poszedłem na spacer. O rybkach przypomniałem sobie dopiero wieczorem, gdy dobiegł mnie mrożący krew w żyłach wrzask i dziwny łomot. Ciotka Hesia leżała zemdlona na podłodze living-roomu. Wokół pustego, wypełnionego tylko zielonkawą wodą akwarium pełzały leniwie kupione przeze mnie robale – tylko jakby jeszcze większe i tłustsze.
- Co za okropny koniec – powiedziała ciocia Hesia, gdy przyszła do siebie. Wypiła duszkiem szklankę wody i rozpłakała się. Rybki były nie tylko najbliższymi jej istotkami na tej Ziemi, nie tylko ulubioną rozrywką i niezawodnym sposobem na monotonię wiejskiego życia, ale również – jak twierdziła – dowodem na nieskończoną mądrość Natury. - Człowiek udusi się pod wodą, a rybka na powietrzu – powtarzała – wszystko jest piękne i doskonałe na swój sposób.
- Kupię ci nowe – starał się pocieszyć półżywą, rozpartą na fotelu połowicę wuj Zbylut. – Każę Marcelce pozbierać i schować gdzieś to paskudztwo, a potem kupię ci rybki tak duże, żeby mogły się pomścić za ciebie.
- Zbylucie – odparła słabym głosem – obce mi są tak niskie uczucia, jak nienawiść i chęć zemsty. A w ogóle to przyjaciół nie można kupić.
Staliśmy wszyscy wokół fotela boleści naszej biednej ciotki, a ja czułem się chyba najbardziej zakłopotany – raz wydawało mi się, że zrobiłem to celowo, że cieszy mnie odwrócenie ról kata i ofiary oraz niespodziewane ożywienie, jakie przerwało łańcuch podobnych do siebie dni – to znowu miałem wrażenie, że Jakaś Dziwna Siła popchnęła mnie do tego zdradzieckiego czynu; ciemność za oknem była kłębowiskiem czarnych, oślizłych, opancerzonych kadłubków, macek, czułków i osadzonych na długich pręcikach wyłupiastych oczu. Ciotka poruszała bezgłośnie wargami, przeżuwała niedosłyszalne słowa. Wuj Zbylut nachylił się, żeby usłyszeć, co mówi i powtórzyć innym. Przez chwilę nic się nie działo, zapadła cisza – cisza przeraźliwa, mrożąca krew w żyłach – wpatrywaliśmy się w zgiętą wpół masywną sylwetkę wuja; marszczył brwi, ruszał sumiastym wąsem, w końcu wyprostował się i głośno westchnął.
- Hesia mówi, że nic już nie będzie takie, jak przedtem.
Wszyscy zadrżeli na te słowa.
Odtąd śmierć zagościła między nami.

Żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały zbliżającej się katastrofy. Wstałem tuż po dziesiątej, a więc wcześniej niż zwykle, i otworzyłem okiennice – zalał mnie blask słoneczny, śpiew ptaków, zapach ziół i traw. Przede mną rozpościerał się ogród; pocięte ścieżkami i alejkami trawniki, pobielone wapnem drzewa, ławki, a nawet jedna stara huśtawka, której – jak głosiła przybita do niej karteczka – nie wolno używać w godzinach ciszy nocnej. Służba – a konkretnie pewna dochodząca z pobliskiego gospodarstwa wieśniaczka – uwijała się już wokół obsypanych kwieciem klombów. Z daleka dobiegał śpiew wuja Zbyluta; znałem tę melodię, przyzwyczaiłem się do niej jak do swoistej pieśni porannnej. Ale wuj nie nucił bynajmniej „Kiedy ranne wstają zorze …” , o nie ; ubierając się, goląc, a potem obchodząc swoje włości, intonował swym głębokim, przepalonym głosem „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani...”. Był bowiem wielkim i platonicznym miłośnikiem wszystkiego, co miało związek z wojną, wojskowością i bohaterstwem. Ściana nad jego łóżkiem upstrzona była zdjęciami okopów i żołnierzy ruszających do ataku na bagnety, szkicami transzei i dwupłatowców, planami bitew i frontów, kupionymi gdzieś na tandecie medalami za waleczność i dyplomami uznania za wieloletnią służbę ojczyźnie, a także zdjęciami Lee Marvina i kapitana Klossa. „Że za tobą idą, że za tobą idą chłopcy malowani...”
- Dzień dobry, wuju!
- Kogo ja widzę? Czyżby to mój siostrzeniec? – przełamując szpaler piwonii podszedł do mojego okna. – Znowu przespałeś pół dnia. Ale jesteś w końcu na wakacjach. Chociaż mógłbyś trochę skorzystać ze świeżego powietrza. Z drugiej strony najważniejsze, żebyś sobie odpoczął. Masz tu trochę grosza – wyciągnął w moją stronę zwitek banknotów – idź i kup śniadanie dla rybek.
- Już idę – stanowczym ruchem ręki odsunąłem od siebie pieniądze.
- Dobra, jak chcesz – zaśmiał się tubalnie. – Każę Marcelce przewietrzyć twój pokój.

 

Wuj Zbylut, były pracownik Urzędu Podatkowego w Gwintach, spędzał całe dnie na studiowaniu historii większych lub mniejszych wojen, bitew, potyczek, starć, tudzież zamachów i skrytobójstw. W wolnych chwilach spacerował po pobliskim lesie, ale bynajmniej nie po to, by oderwać się od swoich żołnierskich zajęć; przemierzał góry i doliny z wykrywaczem metalu w ręce. Kiedyś znalazł przypadkiem łuskę pocisku artyleryjskiego – potknął się o nią podczas grzybobrania – i od tej pory błądzi po tych dzikich, odludnych miejscach, gdzie swojego czasu przetoczył się front, gdzie niejeden listek zapewne, niejeden krzaczek, wyrosły na polskiej, rosyjskiej lub austriackiej krwi; błądzi i szuka śladów przeszłości, a każda łuska, zgubiony bagnet, zegarek, czy obrazek Matki Boskiej, który ocalił komuś życie, będzie dla niego – jak sobie to wyobrażał, niczego bowiem jeszcze nie znalazł – niczym fragment kości prehistorycznego gada, który pozwala odtworzyć obraz całego monstrualnego zwierzęcia.
Jego żona, co wydaje się zrozumiałe, nie podzielała tej pasji. Właściwie (ośmielę się powiedzieć) pozostała dla wszystkich wielką zagadką. Dotąd nikt nie wie, jak brzmiało pełne imię ciotki Hesi. Kiedyś podobno spaliła metrykę urodzenia, twierdząc, iż nie jest godna nosić swojego imienia. – Wolę spokojne życie – tłumaczyła, uśmiechając się tajemniczo. Po okolicy, a także w szkole, gdzie uczyła, krążyły plotki, że naprawdę nazywa się Heather, znaleźli się jednak i tacy, którzy utrzymywali, że jej rodzice, ubodzy rolnicy, a właściwie pracownicy Pegeeru w Podlaskiem, po prostu zapomnieli nadać jej imienia. W przyklejonej do obory chałupie nie pokazywali się prawie nigdy, a na swoje dwie córki wołali „mała” i „ruda”. Ta druga to moja mama. Gdy zapytałem ją o jej prawdziwe imię, zachwiała się, pobladła (a było to w kuchni przy lepieniu pierogów), szybko jednak odzyskała kontenans i kazała mi wracać do odrabiania lekcji. Choć obydwie ukończyły polonistykę, tylko ciocia Hesia pracowała jako nauczycielka. Uwielbiała dobrą science-fiction i dręczyła Bogu ducha winne dzieci historiami międzygwiezdnych eskapad. Dzieci zaś wytykały ją palcami i przezywały „Scully”. Rodzice ciotki Hesi, czyli moi dziadkowie nie żyli już od dawna. Przepracowali z górą pięćdziesiąt lat przy koniach, krowach i świniach, więc i śmierć dosięgła ich w oborze – babcię przy dojeniu Łaciatej, dziadka zaś przy kulbaczeniu Siwka. W tym domu, który już wcześniej nazwałem „rupieciarnią” i „skansenem”, w tym domu, gdzie spędzałem właśnie długie, wakacyjne tygodnie, oprócz Olafa, mojego kuzyna, mieszkał jeszcze ojciec wuja Zbyluta - Jan. Za młodu znany w powiecie bon vivant, właściciel jedynej jak dotąd na tym terenie galerii sztuki, snobistyczny miłośnik wszelkich nowości, awangardowych dziwactw i prowokacji, za największą porażkę życia uznał żywot swego własnego syna. Gdy jeszcze wuj Zbylut był maluśki (maluśki, choć już wtedy pulchny i rumiany), tata wymachiwał mu przed roześmianą buźką nie grzechotką, a klepsydrą, zamiast zabawek dawał mu do rączek wysmakowane artystycznie objet d’arts, do snu zaś czytał na głos wczesnego Majakowskiego i Wata, by wkrótce potem uciszyć skołatane zmysły malca symfonią Prokofieva. Jakaż była jego radość, gdy brzdąc doniosłym piskiem i wrzaskiem dawał znać, iż nie tylko rozumie dodekafonię, ale „próbuje jej użyć w celu własnej ekspresji”; łzy stawały mu w oczach, jeżeli berbeć przyniósł do domu stary korzeń albo pustą konserwę – ready mades, które szybko trafiały za witrynę ojcowskiej galerii. Niestety, im bardziej Zbylut posuwał się w latach, tym mniej interesowały go rejony ducha. Zaczęło się od wagarów, tanich win i dziewczyn, a skończyło – na dźwięk tego słowa do dziś Jan sztywnieje ze zgrozy – na szkole ekonomicznej. Wówczas ten buntownik, światowiec i dandy zamknął się w swoim pokoju, skąd do dziś nie wychodzi, starzejąc się tam niespiesznie z dala od zgiełku cywilizacji. Na domiar złego lokalna społeczność, podobnie jak rodzone dziecię, nie doceniła wysiłków propagatora nowoczesnej sztuki i trzeba było zamknąć nierentowną galerię. Poza tym sztuka, jaką ojciec wuja Zbyluta umiłował, też zdążyła się zestarzeć.
Ostatnią nadzieją sędziwego Jana był jego wnuk, Olaf. Młodszy ode mnie o kilka lat, uchodził za najzdolniejszego i najbardziej leniwego ucznia Szkoły Podstawowej w Szczekaczce (tak bowiem nazywała się owa wioska). Problem w tym, że nikt nie umiał sprecyzować jego zdolności, określić, na czym polega niezwykły talent chłopca i w jaki sposób ten dar wykorzystać. Uczył się dobrze, grał na pianinie równie chętnie Bacha i Gerschwina, a w swoim pokoju na piętrze, w tej małej klitce wytapetowanej plakatami długowłosych idoli, słuchał Laibach i Fields of the Nephilim. Czytał wszystko, co mu wpadło w ręce (nieraz ciotka Hesia – jak sama twierdzi, choć trudno mi w to uwierzyć – widziała jak powoli, z namaszczeniem wertował kartki książki telefonicznej albo nadgryzionych zębem czasu ksiąg podatkowych ojca, a przy ostatnich stronach – tu ciocia Hesia biła się w piersi i przysięgała na największe świętości – ręce mu drżały, a w oczach miał łzy), w internecie szukał na przemian gier, Azjatek i nowinek naukowych, a na boisku sprawdzał się tak w bramce, jak i w ataku, choć niektórzy jego zażarci wrogowie rozpowiadali, że podczas meczu z klasą równoległą przepuścił stuprocentową sytuację, bo zapatrzył się w niebo.
Z Olafem nie miałem wbrew pozorom prawie żadnego kontaktu. Powiem wprost: unikaliśmy się. Od dwóch tygodni łaziłem po pobliskich polach i lasach, gawędziłem z wujoswtem i służbą, to znaczy Marcelką, a gdy znużyły mnie te spacery i pogaduszki, czytałem książkę. Rzecz była o tym, jak pewien francuski kolejarz ma takie napady, że nie wie, co mu jest. No i zamiast męża kochanki, zabija samą kochankę, gdy ta chce się z nim kochać. Na koniec siłuje się z palaczem w pędzącym pociągu, obaj wpadają pod koła i odcina im głowy. A pociąg dalej jedzie sam. Niby tylko książka, ale gdy rozpatruję to z perspektywy czasu, widzę, że miała ona wiele wspólnego z tym wszystkim, co rozegrało się później. Wtedy jednak traktowałem książkę jako czystą fikcję. – To niemożliwe, tyle trupów... – myślałem, błądząc po ogromnym ogrodzie. Ten ogród mógłbym określić jako angielski albo po prostu nieco zaniedbany. Ileż to razy zagradzał drogę leżący w poprzek alejki konar – wspomnienie ostatniej wichury? Ileż to razy od oczka wodnego, którego taflę pokrywały zgniłe liście, dobiegało kumkanie żab? A czyż nie zdarzyło się, że przez trawnik przebiegła żyjąca po sąsiedzku gęś albo kura? Koty wspinały się na drzewa, płosząc stada wróbli. Na największym otwartym terenie stała zardzewiała przyczepa – odwrócona dnem do góry, tak że przypominała małą chatkę, powiedzmy, „Świątynię Palmiry”. Tyle, że nie dało się do niej wejść. Wyobrażałem sobie, że w środku żyje jakiś stwór albo pustelnik (było mi raczej wszystko jedno, czy stwór, czy pustelnik), a jednocześnie wiedziałem, że mieszkają tam tylko krety i pająki, a po ścianach świątyni łażą przeróżne gady, płazy, owady i robaki.

 

No właśnie. Robaki. Nawet do mojej opowieści wciskają się wszystkimi otworami, toczą ją od środka. – Tak – dumałem w ogrodzie – robaki towarzyszą człowiekowi nie tylko po śmierci... Gdy tamtego ranka porwałem jabłko ze stołu i ruszyłem bitą drogą w stronę sklepu, byłem szczęśliwy. Najdziwniejsze, że nie tylko piękny dzień, który mogłem spędzić jak tylko chciałem, nastrajał mnie na tak wesołą nutę, ale również fakt, że zaraz kupię robaki i rzucę je na pożarcie rybkom – jakbym intuicyjnie rozumiał wielką Tajemnicę Natury i całą głębią swego jestestwa godził się na jakąś najwyższą Konieczność, uznawał odwieczną Równowagę Życia i Śmierci. Na tzw. „krzyżówce”, czyli tam, gdzie przecinały się szosy – główne arterie wsi – było, jak mówili tubylcy, „wszędzie blisko”: na pocztę i do kościoła, do remizy i do knajpy, do wójta i do głupiej Elki, co dawała dupy każdemu bez wyjątku, no i w końcu – do sklepu, a raczej „do sklepów”. Bo oprócz spożywczo-chemicznego, gdzie kupuje się wszystko, co potrzebne, począwszy na chlebie, a skończywszy na MOPie, istniał w Szczekaczce sklep „dla wędkarzy i hodowców rybek”. Przyznam, że wprawił mnie w zdumienie fakt istnienia „wyspecjalizowanego punktu handlowo-usługowego” w niewielkiej miejscowości, gdzie nie uświadczysz ani fryzjera, ani np. apteki, słowem (tak, nie bójmy się tego słowa) w zabitej dechami dziurze. Sam szyld zdziwił mnie jeszcze bardziej; wędkarze i hodowcy rybek wydali mi się symbolami dwóch potęg, których nijak nie sposób pogodzić, choć z drugiej strony – udzieliła mi się dialektyka wuja Zbyluta – ani jedni ani drudzy nie mają na względzie, że tak się wyrażę, interesu samych rybek… Rybki, wędkarze, hodowcy i robaki – wszystko to krążyło mi po głowie, gdy otwierałem oszklone drzwi sklepu. Wewnątrz nie było nikogo, więc pacnąłem dwa razy stojący na ladzie dzwonek.
Sprzedawca zrobił na mnie dziwne wrażenie. Miał nienaturalnie trójkątną twarz, co podkreślała szpiczasta bródka i zmierzwiona kępa czarnych włosów, stercząca nad wygoloną po bokach głowy skórą. Jeżeli dodać do tego wizerunku rozbiegane oczy i chorobliwą gadatliwość oraz zupełnie niewytłumaczalny, mefistofeliczny śmiech – łatwo zrozumieć moją konsternację. - Szukam robaków – bąknąłem nieśmiało.
- Same cię znajdą – zachichotał tamten.
- Chciałbym kupić żywą karmę. Dla rybek. – zagaiłem, mając wrażenie, że gdzieś już czytałem taki sam dialog.
- Doskonale – ucieszył się ekspedient. – Mamy akurat świeżutką dostawę, maleństwa dopiero co wydłubane z matki Ziemi, wszystko, czego panu potrzeba (cokolwiek by było pana życzeniem – tu mrugnął porozumiewawczo), mamy na składzie robaczki wszelkiej maści, małe, duże i średnie, grube i cienkie, dowolnych kształtów, kolorów, zapachów i smaków...
- Poproszę torebkę jakichś dużych i tłustych – przerwałem mu.
- Gratuluję panu. Wyśmienity wybór – mój rozmówca pstryknął w palce i dwakroć uniósł brwi, po czym zniknął w drzwiach, prowadzących zapewne na zaplecze. Po chwili wrócił z papierową torebką w ręku.
Dotarłem już prawie do domu, gdy spostrzegłem, że właściciel sklepu dla wędkarzy i hodowców rybek podąża sto metrów za mną. Zatrzymałem się. Poczekałem, aż mnie dogoni. - Zapomniał pan reszty – tłumaczył się już z daleka. – Oto pańskie pieniądze – wyszczerzył zęby w uśmiechu, sięgając do kieszeni. – No nie, nie uwierzy pan, zapomniałem ich wziąć, pewnie nadal leżą tam na ladzie...
- Mógł mnie pan zawołać – zauważyłem.
- Rzeczywiście. Nie pomyślałem o tym. No trudno. Chciałem pana o coś zapytać, ale myślę, że jeszcze nie pora. Założę się, że i tak nie umiałby pan mi odpowiedzieć. Zresztą, mniejsza z tym. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Powiem więcej: jestem tego pewien. – Sprzedawca paplał bez końca, wycofując się powoli wzdłuż szosy. - Chciałem panu podziękować. Bardzo wiele pan dla mnie zrobił. I to nie tylko dla mnie. Kiedyś pan to zrozumie. Życzę szczęścia na nowej drodze życia.

 

- Prowincja sama rodzi takich dziwaków – skwitował moją opowieść o tajemniczym sprzedawcy wuj Zbylut. – Podobnie jak niektóre matki wolą urodzić dziecko niepełnosprawne, takie, co to zawsze będzie blisko. – Kiwnął głową i wpakował sobie do ust wielki kawał wołowiny.
- Zbylut… - ocknęła się ciotka Hesia. – Prosiłam cię tyle razy, żebyś zachował swoje teorie dla siebie… Chociaż ciotka na stałe chyba przeprowadziła się na inną planetę (a tu jeno jej trup), zawsze budziła się z letargu, gdy jej oblubieniec zaczynał wyłuszczać swe niecodzienne poglądy. Nie pamiętam, czy zabrakło prądu, czy gospodarze postarali się o ciepły, rodzinny nastrój, ale pamiętam, że jedliśmy kolację przy świetle dwóch staroświeckich, kopcących lamp naftowych. - Kurzy im się z głowy jak parobczakom na weselu – zażartował wuj Zbylut, ale widząc, że nikomu nie jest do śmiechu, zabrał się ze zdwojoną siłą za krojenie mięsa. Lampy rzucały migotliwy blask na cały pokój. Zogromniałe i zdeformowane cienie siedzących przy stole tańczyły obłędnie na ścianach. Dzbany, kielichy i wazy, misa owoców i butelka wina – całą ta martwa natura wyglądała jak zdjęta z olejnych płócien. A nasze twarze – do dziś to pamiętam – mieniły się refleksami, zbłąkanymi cieniami i odcieniami; było w nich zarazem coś posągowego i zmiennego, coś, co sprawiało, że nie miałem pewności, czy ciotka Hesia aby nie łka nad swoją porcją mięsa, czy wuj Zbylut nie uśmiecha się sardonicznie, podnosząc do ust puchar wina, czy Olaf w końcu, który jadł jak zwykle niewiele i wydawał się zupełnie nieobecny, nie szczerzy nad zupą pomidorową kłów godnych najdrapieżniejszego drapieżnika...
Ten wieczór pozostał w moich wspomnieniach jako ponura zapowiedź późniejszych wydarzeń, jako (nazwijmy rzecz po imieniu) mroczne preludium symfonii zniszczenia. Poprzedzające go godziny – to piękne, słoneczne popołudnie, pełne błogiej bezczynności, sennej ciszy i bzyczenia much – jawi mi się jako ostatnie pogodne chwile mojego życia, ostatnie jasne chwile, na które kładzie się cieniem to, co stało się potem. Obiad zjadłem samotnie na tarasie, popiłem piwem i zapaliłem papierosa. Wszystkie codzienne troski odsunąłem od siebie tak daleko, że wydały mi się absurdalne i nierzeczywiste. W Szczekaczce wszystko toczyło się swoim trybem; czułem się dobrze w domu moich zdziwaczałych krewnych. Ten dom przypominał właściwie mały dworek, taką niewielką posiadłość małej szlacheckiej familii: kilka sporych pokoi (sal? komnat?), wielkie korytarze i pomieszczenia dla służby, wszystko zaniedbane, podniszczone, w ostatnim stadium rozpadu. Słowem, był to prawdziwy dom – schronienie, azyl, środek świata – z piwnicą, do której bałem się zapuścić, strychem jako rupieciarnią marzeń, ze schodami, dziesiątkami okien i spróchniałym, porośniętym mchem pniem drzewa, który jak wiadomo budzi nabożny szacunek dla sił przyrody.
Najbardziej lubiłem przesiadywać na strychu. Zgromadzono tam, jak to często bywa, mnóstwo drogocennych, nikomu niepotrzebnych gratów. Przez umieszczone tuż nad podłogą trójkątne okienka wpadały promienie słoneczne. W tych jasnych snopach światła, które jak reflektory oświetlały wybrane miejsca, wirowały drobiny kurzu. Poruszałem się z trudem między meblami, ostrożnie stawiałem stopy na skrzypiących, obluzowanych deskach. Spacerowałem po poddaszu trochę jak po muzeum: zachowywałem ciszę i nie dotykałem eksponatów, przyglądając im się tylko ze wszystkich stron. Gdybym wziął do ręki to wielkie żelazko, starł kurz z jego matowoczarnej powierzchni, okazałoby się bezwartościowym szpejem. Gdybym uprzątnął ze strzępów gazet i drzazg szuflady tej komody, przestałaby być piękna, stając się użyteczną (jako dziecko mógłbym tam przecież schować moje największe skarby: pamiętnik z zasuszonym liściem klonu między kartkami, cudzoziemską monetę albo zdjęcia nagich top-modelek, wyrwane z kolorowego żurnalu). Szczególną uwagą darzyłem wszystko, co swoim wyglądem zaświadczało upływowi czasu: lekką koszulę, przezroczystą prawie i wycieńczoną swoim upartym istnieniem, pomarszczone suknie, spłowiałe narzuty, kobierce, które utraciły swój pyszny blask i miękkość, konia na biegunach, którego pochylony łeb nadgryzły „jakieś korniki”, no i oczywiście – książki. W głębi strychu, przyparta do najciemniejszej ściany, stała nieduża szafa. Jej półki wygięły się w kabłąk pod ciężarem oprawnych w skórę woluminów; na ciemnobordowych lub czarnych grzbietach nie widniało ani imię autora, ani tytuł. Nie dotykałem tych książek, obawiając się, że rozsypią mi się w rękach; syciłem się myślą o tajemnicach, jakie skrywają przede mną na swoich pożółkłych kartach. Wycofywałem się stamtąd na palcach i cicho zamykałem za sobą drzwi. Drewniane schodki prowadziły w dół, na pięterko. Tam od poszarzałych ścian odcinały się regularnie rozmieszczone białe prostokąty – ślady po obrazach. Czerwony chodnik. Drzwi stojące w szeregu, zamknięte, głuche. Każde ozdobione trzema dziurkami na kandelabr.
Tamtego popołudnia wybrałem się na spacer do lasu. Wyciągnąłem się na pierwszej napotkanej polance, założyłem ręce pod głowę i patrzyłem na chmury. W tym samym czasie rybki cioci Hesi walczyły rozpaczliwie z ogromnymi, czarnymi robakami (a może już zostały pożarte, a zwycięska armia insektów pokonywała szklaną barierę, oddzielającą je od świata?). Zupełnie nieświadom tragedii, która miała się niebawem rozpocząć, a którą opiszę w następnym rozdziale, leżałem sobie. Niebo było bezchmurne, choć gdzieś w oddali, z prawie niedosłyszalnym pomrukiem, zbierały się i kłębiły burzowe chmury. Nade mną błękit, wokół – szum drzew, ogłuszająca pieśń ptaków i świerszczy; zasnąłem.

„Król rdzy” › czytaj fragment