› Wywiady

› Wyczerpujący eksperyment. Jerzy Franczak i PIO w rozmowie z Michałem Sowińskim i Katarzyną Trzeciak (HA!art)
› Ekscesy fantazji. Rozmowa z Jerzym Franczakiem i Tomaszem Wiśniewskim ("Dwutygodnik")
› Awantura. Rozmawia Magdalena Pioruńska
› "Byłeś kiedyś pisarzem?" Rozmawia Sonia Gwóźdż-Rusinek: ArtPapier 174/ 2011
› "Łącze": e-spotkanie
› Dziwny twór, ptak ornitolog - rozmawia P. Pustkowiak, "Dziennik Gazeta Prawna" 10.12.2010

 

Życie w fikcji

Prawie wszystko, czym się zajmuję, jakoś tam wiąże się z literaturą. Gadam o literaturze ze studentami, gadam o niej do kamery, piszę własne powieści i piszę o cudzych powieściach… Z pozoru – monotonia, można zbzikować! Ale to dość różnorodne zajęcia: czym innym jest trzyminutowa nawijka w telewizji, czym innym esej o ciekawej książce czy cykl zajęć o literaturze nowoczesnej, a jeszcze czym innym wymyślanie fabuły, bohaterów… Czasem spotykam się z pytaniem, jak zachowuję równowagę psychiczną, skoro przebywam na okrągło w świecie fikcji. Odpowiadam wówczas górnolotnie, że my wszyscy żyjemy w fikcjach. A ja, przebierając w cudzych opowieściach i snując własne, negocjuję mój kontrakt ze światem – zawsze tymczasowy, niepewny, wymagający korekty… Mniej górnolotnie powiedziałbym, że mam z tego fun. A poza tym – to moja praca.

 

Uniwersytet

Pisarz-akademik to osobny gatunek. Dziwny twór… Ptak, który zajmuje się i śpiewaniem, i ornitologią! Każdy taki mutant (wbrew pozorom, jest nas trochę) na własny użytek rozstrzyga dylematy teorii i praktyki. Ja rozwiązuję tę kwestię dość prostodusznie: jestem pisarzem, który w ramach pewnej instytucji, wspólnie ze studentami, pochyla  się nad tekstami „kolegów po piórze”, takich jak Gombrowicz czy Lem (proszę wybaczyć tę bufonadę). Poza tym spotkania ze studentami bywają inspirujące, niekiedy wiele z nich wynoszę. Innym razem mniej, ale takie już jest życie (akademickie). Zajmuję się antropologią literatury, takie określenie można przynajmniej znaleźć w nazwie mojej katedry na Uniwersytecie Jagiellońskim. Czym jest ta dziedzina, nie ośmielam się rozstrzygać. Nie mam słabości do teoretyzowania. Clifford Geertz powiedział kiedyś, że antropologia jest jak jazda na rowerze: to bardziej umiejętność, niż wiedza. Na rowerze jeździłem przez wiele lat, aż mi go ukradli i jakoś nie kupiłem sobie nowego. Zajęcia uniwersyteckie rekompensują mi to trochę.

 

Futbol

Moja kariera piłkarska pełna jest zaskakujących zwrotów akcji. Zaczynałem w Międzyzakładowym Klubie Sportowym „Wieczysta”. Trampkarz, starszy trampkarz, junior – piąłem się sprawnie po drabince awansu, aż nastąpiła katastrofa, związana zapewne z okresem dojrzewania. Dziewczyny, papierosy, tanie wina, no i dziwne książki. Zarzuciłem fachową literaturę („Piłka nożna. Trening” Jerzego Talagi to biblia mojego dzieciństwa) i zamknąłem się w getcie science-fiction (skąd wyprowadzili mnie, ramię w ramię, Lem, Dick i Vonnegut). Dalsze moje losy nie miały wiele wspólnego ze sportem. Do futbolu wróciłem po kilkunastu latach, w wieku Chrystusowym. Grałem na prawym skrzydle w zespole Lokator Team, razem z dziesiątką starych kompanów. Dwa sezony kopałem w Amatorskiej Lidze Podgórskiej, aż wypadliśmy z rozgrywek. Poddaliśmy sezon walkowerem, bo otwarto ligę w pierwszej połowie stycznia, przy trzaskającym mrozie. Teraz znowu idzie zima, będę więc studiował taktykę „innych drużyn” i czekał na okienko transferowe.

 

Kraków

Kraków to, jak wiadomo, dawna stolica Polaków. To także miejsce występowania wielu ciekawych i osobliwych gatunków ludzkich. Innymi słowy – dzieje się tu sporo. Nie odczuwam tej legendarnej stagnacji, marazmu i małomiasteczkowości, którą się Krakowowi przypisuje. Przeciwnie, mam wrażenie, że nie nadążam i nie ogarniam. Po mieście poruszam się, jak pewnie każdy, według wewnętrznej mapy, której punkty węzłowe stanowią Dom, Przedszkole, Uniwersytet, Wydawnictwo, Telewizja i Stadion. No i Knajpy, w których spędzam czas wolny i w których pracuję. W Lokatorze mam swój stolik, rozkładam się tam z laptopem i piszę. Czasem obok mnie zasiada Orbit [Łukasz Orbitowski] i pisze swoje. Brzmi to okropnie manierycznie, jak historie z St-Germain-des-Prés albo z Ziemiańskiej, ale to część codziennej rutyny. Joyce zamieścił na końcu Ulissesa podpis: „Trieste, Zurich, Paris”, ja mógłbym zamknąć moją ostatnią powieść, „Da capo”, słowami: „Lokator, Kolory, Drukarnia”. I tak bym pewnie zrobił, gdyby nie głęboko zakodowany strach przed małomiasteczkowością…

 

Wolność dźwięków

Przeszedłem standardową edukację muzyczną… Kiedyś pobierałem lekcje fortepianu, ale nie o to mi chodzi. Moje muzyczne fascynacje dyktował Duch Epoki. Popowe eighties (Kylie Minogue, Pet Shop Boys), przełamujące się w kiczowaty hard rock (Iron Maiden, AC/DC) i ostre brzmienia (Metallica, Sepultura). Potem punkowy kontrapunkt i grunge’owo-hard core’owe nineties (Pearl Jam, Biohazard), wreszcie fascynacje outsiderami (Nick Cave, Tom Waits), artystami osobnymi (PJ Harvey, Radiohead) i „indie” (Modest Mouse). W sumie – klasyka. Mniej oczywisty w tym zestawie wydaje się jazz, zwłaszcza ten free, od nestorów (Jarret, Coltrane) po świeży narybek (Vandenmark). Kocham ten powiew wolności, którym tchnie improwizacja… Przy czym dla mnie jest to zawsze „wolność od”, w tym przypadku od prostych rytmów i melodycznej sztampy. Regularnie zmieniam częstotliwość. Znużony gitarową monotonią, przestrajam się na jazz. Po jakimś czasie, zmęczony saksofonowymi trelami, wracam do rocka. Przeciwko wolności improwizacji wybieram inną wolność, radykalną, z gatunku „I wanna be anarchy”. A potem vice versa.

                                                  

Wstrząsy przed ekranem

Pamiętam, że na przełomie lat 1994/1995 myślałem poważnie, aby zostawić w cholerę pisanie i zająć się filmem (do dziś nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem). Co druga premiera wywoływała we mnie autentyczny wstrząs: „Pulp fiction”, „Czerwony”, „Urodzeni mordercy”, „Truposz”, „Underground”, „Jej wysokość Afrodyta”… Pewnie byłem w takim wieku, że musiało mną wstrząsać, niemniej, nic na to nie poradzę, nawet kino popularne tamtych lat wydaje mi się na wyższym poziomie („12 małp”, „Leon zawodowiec”, „Podejrzani”, „Siedem”). W każdym razie, jak się przyglądnąć tym tytułom, to widać, że każdy jest z innego zestawu. No bo ile ma wspólnego Kieślowski z Tarantino? Pewnie tyle, co Stone z Jarmushem i Allen z Kusturicą. Zaczęło się więc przeciąganie liny, połączone z nadrabianiem zaległości (Buňuel, Herzog, Kubrick). Trwało to latami i w efekcie znalazłem się całkiem gdzie indziej. Dziś lubię kino mocne, ale niegatunkowe, niepokojące, ale niemetafizyczne. Niekwestionowanym mistrzem pozostaje dla mnie Michael Haneke: „Siódmy kontynent”, „Funny Games”, „Kod nieznany”, „Pianistka”, „Ukryte”, „Biała wstążka”… Co film, to arcydzieło całkiem osobnego gatunku, które potrafi przyprawić mnie o ciężką bezsenność.

› Karpowicz do Franczaka, Franczak do Karpowicza (Kurier WL)

 

IK: Twoja najnowsza powieść może zostać potraktowana jako pochwała wartości rodzinnych. Trzeba co prawda sporo złej woli, żeby nie dostrzec przewrotności tej pochwały, ale przecież złej woli mamy w nadmiarze. A zatem: dekalog obowiązuje?

JF: No nie wiem... To twoje pytanie jest przewrotne... Ja jestem prosty chłopak z Nowej Huty. Nie widzę tych wartości rodzinnych w "Da capo", chyba że wartością są dziecięce traumy. Ta powieść to wariacje na temat "rodzina jako źródło cierpień". To rzecz dość prosta w gruncie rzeczy, na jednej strunie zagrana - historia desperackich zmagań z ojcem, a potem z jego cieniem... A dekalog? Jak Kamil (narrator "Da capo") głębiej pokopie, owszem, to dociera do tego fundamentalnego "Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną", które wypowiada Ojciec... Ale to dość swobodna wariacja interpretacyjna. U ciebie bogów trudno przeoczyć. Jest ich sporo, na dodatek materializują się w naszym świecie i nawiązują dość swobodne relacje - między sobą, a także ze śmiertelnikami... Atena z Ozyrysem, Jezus z Nike, a Eros z sąsiadką! Totalny promiskuityzm! Czy chciałeś napisać powieść post-religijną? Albo post-post-sekularną? Albo że nothing matters i anything goes?Bo twój bohater

IK: Rzeczywiście, bohaterowie "Balladyn..." sypiają ze sobą w dość egzotycznych układach, ale też promiskuityzm jest religią wcale nie gorszą od innych, ba!, nie trzeba nawet wierzyć, by promiskuityzm wyznawać! Bohaterowie "Balladyn..." sypiają ze sobą, ale z tego sypiania niewiele wynika, tymczasem w "Da capo" bohater tkwiący w uświęconym sakramencie małżeńskim z owocem w postaci małoletniej córki Basi raz - RAZ!!! - pozwala sobie na skok w bok. I co? I traci żonę, córkę, dotychczasowe życie. Dostojewski na ukaranie Raskolnikowa potrzebował kilkuset stron, ty "trzepnąłeś" Kamila i ukarałeś go na bodaj trzydziestu... Nie wstyd ci?

JF: Raskolnikow zabił i musiał wykonać tę swoją ekspiację, ta zaś wymaga czasu. Kamil przez całe życie próbował dostosować się do obowiązujących wzorców i udało mu się, i został normalsem. Ale zrobił skok w bok - skądinąd klasyczna figura - i wypadł z kolein. Ostatecznie żyjemy w kulturze monogamicznej, kulturze wstydu, seksualnego tabu i czego tam jeszcze. I on, dopiero jak znalazł się na marginesie, mógł popatrzeć na swoje życie z ukosa, i zobaczył, że na wszystkim zaważyły jego relacje z ojcem, i że sam się do niego trochę upodobnił, itd. W "Balladynach..." też przewija się taki wątek, że związki nienormatywne, np. model dwóch rodziców plus dziecko (albo dwóch Bogów plus nastolatka!) nie może spotkać się ze społeczną akceptacją. Ale pojawia się jedynie jako akompaniament. Dominuje takie zluzowanie i przebolenie: nie ma dekalogów, żadnych zbiorowych obowiązków i przymusów, no limits. Taka wesoła apokalipsa?

IK: Nie wiem, czy apokalipsa jest wesoła. Apokalipsa, jednostkowa apokalipsa Kamila w "Da capo" wesoła nie jest. Świat twego bohatera ulega zniszczeniu (traci żonę, dziecko, pracę). Po apokalipsie, jak wiemy, dochodzi do orgazmu, ejakulacji, katharsis. Dobrzy idą do Nieba, gdy są rzymskimi katolikami, to z przystankiem w Czyśću, zaś źli - do Piekła. Kamil wraca do Matki i Ojca, Matki, którą obwinia o to i owo, Ojca, którego nienawidzi. I co Kamil stwierdza? Stwierdza, że kocha Ojca. Mimo że Ojciec karcił go bardziej niż klapsem, z przykazań przestrzeganiem miewał ostre problemy i tak dalej. Zastanawiam się, czy twój bohater, akceptując i de profundis wyznając swą miłość do Rodziców, nie staje się ofiarą popkulturowych norm i schematów. Bo ta jego eksplikacja synowskiej miłości brzmi bardzo gorzko. Kocham, bo przegrałem. Kocham, bo nie mam siły nie-kochać. Czy Twoim zdaniem, czy raczej zdaniem twego bohatera Kamila, miłość może stać się tym, czy jest nienawiść? Nie ma różnicy w skali i barwie, zmienia się tylko znak kierunku?

JF: Ta jego nagła przemiana, zauważ, jest wymuszona przez różne czynniki: ekonomiczne (nie ma pracy, zadłużył się), bytowo-lokalowe (żona go wywaliła z domu) itd. To swego rodzaju abdykacja - facet powraca do rodzinnego domu i zaczyna odgrywać da capo rolę grzecznego synka. Poza tym ostatni akapit nie ja napisałem, lecz George Orwell! Porównaj kilka ostatnich zdań z zamknięciem "Roku 1984". Ojciec jest figurą opresji typu Wielki Brat! Big Brother is watching, kiedy Kamil kłamie, kiedy się masturbuje... A te słowa, "kochałem Wielkiego Brata" - Winston wypowiada je w drodze na egzekucję... A więc, powiedzmy, apokalipsa bez katharsis. Twoja apokalipsa tylko z pozoru jest taka wesoła, jak sugerowałem. Opisujesz rzeczywistość, w której nic nie wynika z niczego, związek przyczynowo-skutkowy odwalił kitę, wszelkie wiary wygasły, ludzie wierzą tylko w Youtube'a i Excela... To świat - cytuję - "bez czasu przyszłego", "świat filmów porno, alkoholu, częstych płytkich orgazmów, rzadko czytanych tekstów". Wyszedłby z tego taki lament w rodzaju o tempora, o mores, gdyby nie ironiczny cudzysłów. Ale teraz nie wymiguj się i powiedz, na ile serio serwujesz tego rodzaju diagnozę?

IK: Apokalipsa występuję w dwóch przynajmniej odmianach: hollywodzkiej, a więc zbieżnej ze św. Janem oraz codziennej, pozbawionej spektakularnych zdarzeń i pointy. Wierzę w tę drugą. I bohaterowie "Balladyn..." chyba tę wiarę podzielają. Apokalipsa owszem, ale taka nudna, rozbita na godziny i katastrofki. Mogę się mylić, ale wydaje mi się bohater "Da capo" tęskni za zdarzeniami w wielkiej skali, znacznie większej niż bohaterowie "Balladyn...". Jest maksymalistą. Jak romans, to z klimaksem, jak klimaks to z katastrofą, jak katastrofa to z Arką Noego. U Ciebie za przystań robi Dom Rodzinny. Ciekaw jestem, skąd u Twego bohatera takie maksymalistyczne zapędy, tym bardziej, lub mniej, że w codziennym życiu raczej się nie wychyla...

JF: Ten maksymalizm jest chyba odpowiedzią na stłamszenie, jakoś tak. Im bardziej jest correct, tym bardziej marzy o Wielkim Zerwaniu. Te marzenia są naiwne, ale szczere, i gwałtowne jak klasyczny punk rock, którego słucha z upodobaniem. I teraz pytanie: czy punk rock is dead? U ciebie, przypomnę, punk umiera na ziemi, ale zmartwychwstaje w niebie! Zastanawiają mnie ci twoi bogowie, którzy dokonują spektakularnego "zniebozstąpienia" po to, żeby siać chaos i krzewić różnorodność, bo w nich, jak klarują w specjalnej deklaracji, tkwi piękno i harmonia... Czy oni przynoszą panaceum na sztywność, na ciasnotę i martwotę, na codzienną zmułę? Zabawiają ludzi czy zbawiają? Czy dwa w jednym, w pakiecie promocyjnym?

IK: Nie oszukujmy się, ład, uporządkowanie, pojedyczność i jednomyślność prowadzą do katastrofy, do wyjałowienia, jakiejś pustki. Wszyscy bogowie monoteistyczni to zrozumieli, choć niektórzy z ociąganiem. Na przykład bóg chrześcijański najpierw chciał wykosić konkurencję za pomocą dekalogu, ale wreszcie zdał sobie sprawę, że to prosta droga do marginalizacji. Dlatego jedność swą w trójcę przemienił, a potem rodzina się powiększyła: ci święci i błogosławieni, jest w czym wybierać. Zatem nawet jedyny bóg musi zaoferować siebie w kilku wariantach, o ile chce "przeżyć". W "Da capo" prawie nie ma boga, czyżby to jakaś Twoja złośliwość względem nietschego? :)

JF: Ojciec robi za Boga, towystarczy. I żyje we wszystkich wcieleniach swego syna! On jest gwarantem ładu,a ten ład ma taki rys lekko totalitarny... Wiesz co, twoja książka zaskoczyłamnie i zafrapowała właśnie dlatego, że jest tak ekscentrycznie polepiona, żejest nieuporządkowana, wieloraka i wielomyślna. Powiedziałbym, że jest "boska",ale poczytałbyś mi to za kolejną przewrotność...

IK: A widzisz, mi się z kolei "Da capo" wydało daniem ekscentrycznym, a to z tej racji, iż autor - wybacz, że Herbertem pojadę - Pan od Poetyki, pozwala sobie na pozornie prostą historią, ba!, historię, którą nawet można streścić, a pozwala sobie na to, ponieważ... hmm... ponieważ w "Da capo" to oczywiste rozwiązania okazują się nieoczywistymi. A jak piszesz, że bohater kocha albo cierpi to mam wrażenie, że przewrotnie podmieniłeś słowa, że powinno być: nienawidzi i się cieszy... I człowiek się gubi. Alleluja!

JF: Po takim „Alleluja” każde kolejne zdanie byłoby, doprawdy, już czymś niestosownym…

› Rafał Małecki: wywiad (ale nie rzeka)
› Stoję w dwuszeregu. Z Jerzym Franczakiem rozmawia Olga Szmidt, _E-splot, X 2010 (część 2)
› Stoję w dwuszeregu. Z Jerzym Franczakiem rozmawia Olga Szmidt, _E-splot, X 2010
› Zło rozproszone; rozmawia Patrycja Pustkowiak: „Dziennik Gazeta Prawna” 02. 10. 2009.
› Nie stronię do obsceny. Z Jerzym Franczakiem rozmawia Agnieszka Sowińska: Artpapier.
› Jak dziki zwierz (z Jerzym Franczakiem rozmawia Darek Foks): Machina 11/ 2009.
› Wyzwania ważniejsze od przyjemności. O kontynuacjach i zerwaniach, grach z tradycją, a także przekraczaniu granic z Jerzym Franczakiem rozmawia Marcin Wilk: Dziennik Polski, 8.10.2009.

Wyzwania ważniejsze od przyjemności. O kontynuacjach i zerwaniach, grach z tradycją, a także przekraczaniu granic z Jerzym Franczakiem rozmawia Marcin Wilk

Dziennik Polski, 8.10.2009

 

Marcin Wilk: Krytycy czytający "Nieludzką komedię" zwracali uwagę, że coś się zmieniło w Twojej prozie od czasu poprzednich książek. A to, że mniej wątków autobiograficznych, a to, że bardziej powieść, niż zbiór prozatorski itd. Jak sam - w porównaniu z wcześniejszymi rzeczami - widzisz "Nieludzką komedię"?
Jerzy Franczak: Mnie się wydaje, że jestem konsekwentny w tym, co robię. Od mojego debiutu prozatorskiego sprzed ośmiu lat obsesyjnie krążę wokół tych samych tematów, kreuje podobne światy – nieco groteskowe, choć podobne do tego, w którym żyjemy – chętnie uciekam się do ironii itd. Nawet moje postacie tworzą jakby jedną wielką rodzinę! Bohater „Nieludzkiej komedii” jako żywo przypomina narratora „Przymierzalni”, taki sam z niego cynik i nihilista. Obaj zresztą startują w tym samym punkcie: w pociągu, w wagonie restauracyjnym... Ale rozjeżdżają się w różnych kierunkach. A więc kontynuacja, ale i zerwanie, odwrócenie, przeciwstawienie się własnemu pisaniu, zastygającemu w manierę. Moja najnowsza powieść na pewno różni się od poprzednich książek, i to na kilka sposobów. Po pierwsze, odznacza się mocną, spójną fabułą, doprawioną sporą dozą makabry. Zresztą, na tylnej okładce, zamiast zwyczajowych rekomendacji, znaleźć można sfingowane wycinki z gazet, jakby lokalny pitawal – i wiem, że pożeracze fabuł czytają tę opowieść jak kryminał czy thriller. Po drugie, zależało mi na dochowaniu wierności realiom, chciałem stworzyć tzw. powieść współczesną, wiarygodną psychologicznie i obyczajowo – przynajmniej na początku, żeby tym mocniej zabrzmiały potem te wszystkie potworności, tak horrendalne, że aż niewiarygodne (ale podobne historie się zdarzają!). I wreszcie po trzecie, podkręciłem maksymalnie rejestr stylistyczny, z którego nieśmiało korzystałem wcześniej: sporą część powieści, zwłaszcza w tych gawędowych początkowych rozdziałach, wypełniają tyrady, zaprawione goryczą i nienawiścią napaści, taki, mówiąc wprost, bluzg na wszystkich i na wszystko: na ludzi, którzy są z natury źli, głupi i obłudni, na państwo, na instytucję rodziny, na media, na Kościół itd. To sprawia, że „Nieludzka komedia” jest nieco obrazoburcza, dla niektórych nawet bluźniercza, co dobrze oddaje okładka, na której widnieje samolocik zrobiony ze świętego obrazka, przebity kuchennym nożem. Są ponoć księgarze, którzy ze względu na okładkę odmówili eksponowania książki! Ciekawe, że nie mają oporów, żeby wystawiać dużo gorsze rzeczy, takie, jak „Zbrodnia i kara”!

 

Bardzo wyraźnie słychać, także w "Nieludzkiej komedii", nawiązania do innych tekstów. Dość tu wspomnieć o Balzaku czy Cioranie. Traktujesz to raczej jako porozumienie z właściwą grupa czytelników, grę z tradycją, a może hołd jej (tradycji) złożony?
- Toczę w tej powieści taki dość ostentacyjny dialog z tradycją. Tych nawiązań jest znacznie więcej, w samym tytule pobrzmiewa przecież, oprócz „Ludzkiej komedii” Balzaka, „Boska” Dantego i „Nie-boska” Krasińskiego. Nie jest to żaden hołd, nic mnie nie łączy z tymi pisarzami, nie jest też dla mnie szczególnie ważny ani Rousseau (imię bohatera kojarzy się z jego „Emilem”), ani nawet Cioran. Wskazując na nich, a także na innych (Ajschylos, Kierkegaard, Sartre...), staram się sugerować różne możliwości interpretacyjne. To rodzaj gry; odczyta ją ta część czytelników, która zada sobie trud podążania za rozsianymi w tekście tropami. I może ich zafrapuje, w jaki sposób historia mordercy ma się do hipotezy „stanu natury”, ile tu pierwiastka dionizyjskiego, ile bojaźni i drżenia, ile rozpaczy, ile absurdu. Najważniejsze, że rozszyfrowanie tych nawiązań nie jest konieczne dla zrozumienia tekstu. Ta książka może funkcjonować na różnych poziomach: jako powieść grozy, jako portret psychologiczny, jako krytyczna rozprawa z rzeczywistością, wreszcie – jako medytacja nad nowoczesnym złem. Przed chwilą wzmiankowałem Dostojewskiego, a to właśnie ten gigant rzuca cień na moją komedię. Ale narrator załatwia się z nim obcesowo: tylko raz porównuje prokuratora do Porfirego Pietrowicza. A że kuzynka przychodzi do więzienia na widzenie z suczką o imieniu Sonia... Czy to hołd? Czy kpina? Powiedzmy, że gra – ale gra poważna, której stawka jest większa niż życie!

 

Czy zajmowanie się literaturą od innej strony, teoretycznej - powiedzmy, Drogi Doktorze Franczaku – częściej ułatwia czy przeszkadza w pracy nad własną twórczością?
- A czy ty, Drogi Magistrze Filologii, Szanowny Panie Redaktorze – cierpisz jako czytelnik z racji swojego wykształcenia? Nie widzę tu sprzeczności. Zajmuję się literaturą na różne sposoby: piszę ją, wymądrzam się o niej w prasie, gadam o niej w telewizji, badam jej struktury na uczelni... Ale w całej tej literackiej robocie załatwiam prywatne porachunki – ze światem. Oczywiście, jestem nadświadomy, ale to mnie nie paraliżuje, przeciwnie, skłania do bardziej radykalnych poszukiwań, do przekraczania granic.

 

W którym momencie pracy nad tekstem konstytuują się Twoi bohaterowie? Pytam o to, bo na przykład Emil wydaje się w Twoim świecie postacią kompletnie wyrwaną czy oderwaną od rzeczywistości, która przewlekle się z nim ściera (do momentu oczywiście, w którym nie zaczyna dominować absurd i groteska).
- Emil jest odklejony za sprawą swojego indywidualizmu; ludzie wokół niego żyją w świecie sensownym, podczas gdy on wybiera radykalny nihilizm. Jego okrutny czyn wydaje się absurdalny lub groteskowy dlatego, że uznajemy pewne wartości, które dla niego są tylko zbiorowym obłędem. Jego radykalizm pozwala mi postawić kilka trudnych i niewygodnych pytań. Oczywiście Emil istniał – jako zamysł – zanim zasiadłem do pisania, jak wszyscy bohaterowie. W pewnym sensie wykorzystuję ich do własnych, jak najbardziej niecnych, celów.

 

Która z, umownie powiedzmy, trzech części książki - gawędowej, środkowej i końcowej, nieco absurdalnej - pisałeś była, powiedzmy, największą przyjemnością, a która była największym pisarskim wyzwaniem dla Ciebie?
- Może zabrzmi to dziwnie, ale raczej nie czerpię z pisania przyjemności... Przyjemnie jest zobaczyć świeżo wydaną książkę, ale i to trwa chwilę, bo oto najbardziej własna rzecz staje się w druku czymś obcym. Ważniejsze są wyzwania. Największym wyzwaniem była część środkowa, ta krwawa jatka, która miała śmieszyć i straszyć, i dawać do myślenia. Ale w „Nieludzkiej komedii” skrywają się też nowe wyzwania, które już podjąłem, np. Emil nie chce mówić o swojej rodzinie, przemilcza traumatyczne dzieciństwo, wstydzi się swojej seksualności... O tym będzie następna powieść, psychologicznie powikłana, rozrachunkowa, na wpół pornograficzna... Ale o tym innym razem.

› Jak jest robiona tajemnica. Z Jerzym Franczakiem rozmawia Grzegorz Jankowicz: Mrówkojad 5/ 2008.
› Pęka skóra opowieści. Jerzy Franczak gawędzi z Anną Marchewką o dywersji i samobójstwie w swojej powieści „Przymierzalnia”: Lampa 3/ 2008.

Pęka skóra opowieści. Jerzy Franczak gawędzi z Anną Marchewką  o dywersji i samobójstwie w swojej powieści „Przymierzalnia”: Lampa 3/ 2008

 

Anna Marchewka: Jesteśmy w Lokatorze, ważnym kiedyś dla ciebie miejscu. Co prawda nie rozmawiamy w tym legendarnym Lokatorze, starym, ale Lokator to Lokator i czytelnicy Lampy powinni dowiedzieć się czegoś o Twojej przeszłości. Chciałabym, żebyś przy okazji swojej nowej książki, która wcale nową książką nie jest (ma już 5 lat), opowiedział trochę o sobie. Zaczynając od miejsca, w którym się znajdujemy powiedz, jak dotarłeś do miejsca, w którym jesteś. Czy miejsce (niestety, nie ma Piotra Kalińskiego, słynnego PIO), w którym jesteśmy, mogłoby wywołać jakąś dłuższą opowieść?
Jerzy Franczak: Nie wiem, dlaczego używasz czasu przeszłego! Lokator to kawał mojego życia, kawałek przeszłości, częścią tej przeszłości jest też Przymierzalnia. Ale to także teraźniejszość. Nie musiałem tu w jakikolwiek sposób trafiać. Najpierw była przyjaźń z Kalińskim, którego znałem z czasów licealnych jeszcze, potem jego pomysł na knajpę, nasi wspólni znajomi i efekt kuli śnieżnej, który zaowocował taką nieformalną wspólnotą. Przymierzalnia jest organicznie zrośnięta z pewnym momentem mego życia, a ten moment z Lokatorem – wszystko rzeczywiście się splata. Ale jednocześnie protestowałbym, gdyby ktoś chciał poszukiwać kluczy personalnych do rozszyfrowania postaci, którymi zaludniłem moją powieść.

 

Chciałam cię o to zapytać dlatego, że to jest „krakowska” książka (cudzysłów jest niezbędny); „krakowska” bo pojawia się „Kraków” i w „Krakowie” opowieść się rozgrywa. Wypowiedziałabym nazwę tego miasta wprost, gdybym strasznie naiwna chciała być, gdybym brała z tęsknoty za bezpośredniością wszystko, co w Przymierzalni znajduję – dosłownie. Ale – jednak – ta „krakowskość” naskórkowa wywołuje we mnie jakąś potrzebę zweryfikowania, czy naprawdę istnieje wydawnictwo Kondor i czy to przypadkiem nie jest Zielona Sowa, bo to w końcu też ptak. Pojawiają się w Przymierzalni pisarze, krytycy, poeci – całe grono bliskich powieściowemu Jerzemu postaci, które – czuję – siedziały (i się działy) gdzieś tutaj. Mają coś wspólnego z twoim życiem, z tym miejscem, które cię określa i z którego próbujesz (jednocześnie) się wyrzucić, sam wystrzelić. Łączysz tak wiele wydań: jesteś naukowcem (doktorem polonistyki na UJ), krytykiem, poetą, pisarzem, mężem, ojcem… Tak się wszystko składa na kogoś, kto jest jednocześnie bardzo młody i bardzo dorosły.
- Taki puer senex, tak?

 

Nie – mam na myśli raczej taką samoodnawiającą się dojrzałość, której ci zazdroszczę, tak zwyczajnie, po ludzku. Jest w tobie rodzaj otwartości na dzianie się, przyzwolenie i świeżość związaną z rozumnym kontrolowaniem przemian. To taka trudna figura egzystencjalna wręcz jednoczesnego otwarcia, przyjmowania tego, co się dzieje z domkniętym pomysłem na siebie, ale – świeżym.
- To miło i dziwnie coś takiego słyszeć… ale właśnie, gdy popatrzę na siebie twoimi oczami, to się pewnie nie rozpoznam. Przymierzalnia traktuje o tym, w jaki sposób od bohatera, który nosi moje imię, oddzielają się kolejne wizerunki. On zauważa, że wszystko jest na zewnątrz – że bezustannie stwarza się w spojrzeniach innych, we wszystkich rolach życiowych i publicznych. Zadaje sobie gdzieś tam w głębi naiwne może pytanie o substrat, o coś, co kryje się pod tymi wszystkimi płaszczykami. Wykonuje bezustannie taki rozpaczliwy gest redukcji – podważa, wyszydza kolejne swoje wcielenia, kreśli jakieś jadowite portreciki, satyryczne obrazki…

 

Przymierzalnia wywołuje we mnie głęboką irytację. Kiedy w końcu ten Jerzy przestanie. To bezustanne zdrapywanie, takie zdzieranie stawia czytelnika w niewygodnej wręcz sytuacji. Bo czytelnik by chciał – sam zwracasz na to uwagę w Przymierzalni – wiedzieć, dokąd zamierzasz, skąd przyszedłeś, w jakim miejscu teraz jesteś, żeby poczuć się pewnie. A ty nie dajesz nie dajesz tego komfortu ani Jerzemu ani czytelnikowi. W twoim pisaniu wyraźna jest potrzeba ucieczki od przyklejenia, od zastałości. Zaczęliśmy tę rozmowę od Lokatora też i dlatego, że ma złą sławę miejsca ustawionego i dookreślonego.
- Ale tu nie ma nic ustalonego! Wszystko się stwarza między ludźmi, którzy się lubią, ściskają, piją razem, rzygają, potem się kłócą, nie chcą się widzieć, łączą się w pary i trójkąty…. To czyste dziejstwo. Powiedziałaś, że książka jest naskórkowo krakowska i taką mam nadzieję, że to jest książka przede wszystkim franczakowska – nie ma tam żadnej wyrazistej topografii czy klimatu miejsca. Zastępują to fantasmagorie. Kraków nie odgrywa tu istotnej roli – tak samo, jak nieistotne jest, kto próbował mi ściągnąć spodnie w męskiej toalecie… To jest zdejmowanie ze znanego mi świata naskórka, który próbuję późnej nałożyć na swój własny świat. Powiedziałaś, że jest jakaś konsekwencja w moich poszukiwaniach… Tytuły tych dwóch moich naukowych prac o tym świadczą: w jednym jest nierzeczywistość, a w drugim realność. Rzeczywiste czy urojone, realne czy fantazmatyczne… Dokładnie takie same głupie i bezwyjściowe dylematy określają od początku moje pisanie. I pewnie mnie samego.

 

Istniejesz sam w wielu formach, Jerzych Franczaków jest kilku – jak się czujesz kumulując władzę? Jak się czujesz mówiąc o cudzych książkach, pisząc przy tym swoje, jak czujesz się w roli krytyka literackiego?
- Ale jakiego Franczaka – krytyka literackiego ty znasz? Zdarzyło mi się opublikować kilka recenzji; jak dobrze wiesz, zdarza mi się na antenie telewizyjnej o książkach rozmawiać…

 

Chodzi mi właśnie o antenę.
- Nie zostawiam pisanych śladów lektur!

 

Ale mówione ślady zostawiasz.
- Wyżywam się w takich luźnych, minieseistycznych foremkach, w których odsuwam raczej pytania o wartość książki, o jej miejsce w świecie literatury.

 

Pytam, bo w tej twojej nowej-starej książce krytycy zostali potraktowani przez piszących znajomych Jerzego źle. Z ich tyrad wyłania się obraz krytyka-półgłowka, który właściwie nie rozumie nic z tego, co czyta. Są te tyrady kolejną pułapką, oczywiście, bo to głos sfrustrowanego pisarza, który nie poradził sobie z porażką…
- Ale nie dałaś się złapać w pułapkę paktu autobiograficznego? Nie zwiodło cię imię bohatera?

 

Nie, ale pytanie podtrzymuję.
- Tyrad w Przymierzalni, tyrad „przeciwko”, jest wiele – przeciwko poezji i poetom, przeciwko naukowcom, turystom i nudystom, przeciwko rówieśnikom dorabiającym sobie ideologię pokoleniową, przeciwko kontrkulturowym typom poszukującym łatwych alternatyw antysystemowych… Nie sądzę, by krytycy byli jakoś specjalnie wyróżnieni w tych prześmiechach.

 

Być może, ale – nie masz problemu z publicznym mówieniem o cudzych książkach, sam książki pisząc? Od czasu do czasu pojawiają się krytyki krytyków, którzy są jednocześnie pisarzami – że to jakoś nie fair.
- Nie, nie mam z tym problemu, nie mam też potrzeby wypowiadania się w trybie krytycznym na temat cudzych książek – na przykład pisania recenzji.

 

A – „Czytelnia”? bo o tym progamie mówiłam dotykając anteny. Telewizja jest dość nośnym medium. Co prawda TVP Kultura jest stacją niszową, ale – jednak.
- Ale to inna formuła. Bo jednak nie feruję żadnego mocnego sądu; nawet, jeśli forsuję jakieś stanowisko, to ono ściera się z innymi. To rozmowa o książkach, trochę mniej naturalna, ale przypominająca te, jakie tu, w Lokatorze też niekiedy się toczą.

 

Nie wypowiadasz prawd ostatecznych, nie wcielasz się w Boga?
- Odpowiada mi taka formuła, która zmusza do pogodzenia się z brakiem ostatecznych rozwiązań i jakichkolwiek pewnych ocen.

 

Ten brak ostatecznego rozwiązania pojawia się w twojej książce. Jedynym ostatecznym rozwiązaniem jest śmierć samobójcza.
- Słyszysz, jak brzmi to sformułowanie?

 

Słyszę.
- Pobrzmiewa w nim trochę Endlösung! W Przymierzalni jedynym ostatecznym rozwiązaniem jest rzeczywiście samobójstwo. Staje się ono jedynym poważnym problemem filozoficznym, kiedy wszystkie inne zostają odesłane do lamusa.

 

Kim jestem, kim jestem? pyta Jurek w Przymierzalni – to pytanie bliskie, można tę książkę wziąć na ciało, przeczytać ją osobiście z równoczesną, ogromnie irytująca świadomością, że ten tekst się bezustannie wymyka, odsuwa; że ironia, którą się Jurek posługuje w sposób wyjątkowo sprawny naprawdę wywołuje zarazem niechęć do bohatera i – czułość. Jurka charakteryzuje rozdarcie między potrzebą bliskości i koniecznością dystansu. Przymierzając różne role – gubi swoją twarz czy nigdy jej nie miał, a ruchem zamiennym pokrywa jej brak? Czy przypadkiem Jurek nie został wymyślony przez opowieść przez siebie snutą - ma przecież moc stwarzania światów. Czy on istnieje poza opowieścią?
- Jerzy od początku sam siebie stwarza. W pewnym momencie odkrywa, że jest takim wieszakiem na rozmaite role społeczne, na wdzianka, które sam sobie uszyje. Nie znajduje się w sytuacji aktora, który próbuje schować swoją osobowość za kreacją sceniczną; jest wszystkimi postaciami, w które się wciela. I to właśnie ma związek z ciałem: w momencie, w którym każda tożsamość, jaką sobie wymyślił, okazuje się ciasnym, niewydarzonym schematem – to jedynie ciało wydaje się czymś realnym.

 

Właśnie – wydaje się.
- Bo ciało też obraca się w różne fantazmaty.

 

„Ciało cieknie” w Przymierzalni – pełno tam wręcz skatologii. To ty, przypomnijmy jesteś autorem nośnego swojego czasu określenia „poezja skatologiczna”, które w ubiegłym stuleciu padło na falach radia Rak i skierowane było w stronę twórczości Mateusza Wabika. W Przymierzalni przelewają się przez kolejne strony płyny ustrojowe i poszukiwane rozpaczliwie to „twarde” robi dokładnie Jerzemu przykrą niespodziankę – moment zbliżenia jest chwilą największego oddalenia. Rozmawiamy w przededniu Walentynek, więc motyw miłości jak znalazł. Ilona, światło życia i lędźwi Jurka nie istnieje, bo „oczywiście, że nie ma miłości”… Jurek ma problem, bo z jednej strony nie istnieje sam, a z drugiej strony jest w stanie odnaleźć w drugim człowieku nikogo poza sobą. Już mówiłam o tym, ze to dziwna figura. Nie istnieje, ale wszędzie jest tylko on (lub – właśnie dlatego, że jest wszędzie, musi być nigdzie). Wlecze za sobą ciągle siebie.
- Jurek ma obsesję zapośredniczeń. Że między nim a światem istnieje szklana przegroda, która fałszuje i oddala. Stąd żywioł parodii, persyflażu i ironii, wymierzonej w to, co gotowe, schematyczne między nim a druga osobą, również między nim a ukochaną… Swoją obsesją obnażania niszczy relacje z ludźmi oraz to, co w nim mogłoby być trwałe.

 

Taki gest: zostań, ale odejdź?
- Nie, to jest komunikat: bądź, ale i tak cię nie ma. I tak cię nie będzie, bo pozostaniesz moim fantazmatem, częścią mojej opowieści. Próba – desperacka – uchwycenia się ciała nie przynosi efektu, bo kolejne rozdziały są takimi zestawami do śmierci. Zabija się kolejne wcielenia, tożsamości, ale też i wielkie narracje, idee: wiarę, filozofię, naukę, poezję itd. Zostaje ciało i zostaje – po ostatecznej redukcji – recepta na samobójstwo, czyli kolejny, tym razem dosłownie pojęty zestaw do śmierci.

 

Obsesyjnie w Przymierzalni powraca fraza „Ilona ma gorące i niepotrzebne mi ciało”. Co to ma znaczyć?
- Ta fraza jest podszyta lękiem. Namiętność niby oznacza bliskość, ale tak naprawdę wywłaszcza na rzecz jakichś pierwotnych instynktów. Jurek się ich boi, bo chce się mocno samostanowić w takim kreatorskim geście. Nie chce, by tworzyły go jakieś obce żywioły – czy to biologiczne, czy to społeczne, językowe czy jakiekolwiek inne.

 

To zderzenie się z drugim człowiekiem – w tym wypadku z ukochaną – to moment największego oddalenia. Poza tym obsesja samokontroli – Jurek jest chory na wymyślanie, wymyśla wszystko włącznie z chorobą. Gdyby pozwolił sobie na zetknięcie, prawdziwe, ze światem, który parzy (Ilona jest tym światem parzącym) musiałby skapitulować. Ten rozpalony dotyk przypomina, że – jestem wymyślony. Musiałby dać zgodę, przyzwolenie – to jest rozpaczliwe i przez to tak bliskie i zarazem wywołuje we mnie konieczność odejścia.
- Rzecz w tym, że bliskość wymaga przyzwolenia: pozwalam, byś w tej chwili i ty mnie wymyślała. Czyli – oddaję częściowo kontrolę nad opowieścią własnego życia. Nie można już snuć jej na własną rękę, to już nie są takie swobodne fabulacje. To podważa obłędną ideę, do której przywiązał się Jurek.

 

Musiałby dać przyzwolenie na bezradność. Te kolejne przebieranki, próby wchodzenia w rolę mają pomóc poczuć się - pewnie. Jeśli sobie – chociaż słownie – wyznaczę jakąś granicę, to w końcu mogę się czegoś złapać. Jestem redaktorem. Chodzę do pracy, mam pieniądze, mój dzień jest określony, ma granice, których się schwycę i nikt mi już nie zrobi krzywdy. Czy ten sposób poczuje się mniej bezradnie? Wręcz przeciwnie, poczucie osaczenia sprawia, że muszę znaleźć się gdzie indziej, przeskoczyć gdzie indziej. Nieodzowna bezradność wydaje się Jurkowi nie do zaakceptowania.
- Tak, niezgoda na bezradność jest niezgodą na bycie określanym przez cokolwiek zewnętrznego. Czy to przez reguły współżycia, czy przez głupawe przepisy, które obowiązują w wydawnictwie… mniejsza o to, jaki rzeczywisty odpowiednik ma to wydawnictwo, bo też faktem jest to, że istnieje takowe i pracowałem w nim, a jego redaktorzy śmiertelnie się na mnie obrazili po publikacji tego fragmentu, a nawet otrzymałem tam „non imprimatur”… Mojemnu bohaterowi chodzi o to, że nic nie może go z zewnątrz określać. Najwyraźniej widać to w tyradach przeciwko edukacji, czyli robieniu człowieka z takiego małego kosmity, jakim jest dziecko. Wpaja się mu te wszystkie rzekome prawdy, które są bredniami – my tylko umawiamy się, że jest tak a nie inaczej. Ta zewnętrzna opresja w pełni kulminuje w zakończeniu. Pozostaje tam tylko bezosobowy głos, który dyktuje, jak żyć, co robić, w co wierzyć, jakie wartości wyznawać – nawet w jaki sposób umrzeć. A gdy umrzesz, w zaświatach musisz czekać na dalsze wskazówki.

 

W tym momencie „pęka skóra opowieści” – Jurek pękając musi dać przyzwolenie, że – to nie on. Jego pragnienie jest obudowane opowieścią i jest niemożliwe do zrealizowania. Te słowa, które go określają, są śmiertelną pułapką – również pisarza. Próba dookreślenia i domknięcia projektu pisarskiego na ostatni guzik jest w rzeczywistości śmiercią pisanego tekstu, który i opiera się na planie i się planowi wymyka. Prymat szalonego natchnienia jest oczywiście utopijny, ale a z drugiej strony przez twoje pisania przebija się zdolność do zachowania równowagi między otwarciem a próbą panowania nad tym wezbranym, czarnym strumieniem. Czyli – daję się nieść, ale łapię się w ostatniej chwili jakiejś gałęzi, by się nie roztrzaskać. To wyrazista cecha twojego pisania – próba (udana) zachowania równowagi między swobodą a dopracowaniem pola, po którym się poruszasz.
- Przymierzanie masek, kostiumów, jest także przymierzaniem się do różnych opowieści o nich – i do powieści w ogóle. Bo Przymierzalnia nie przypomina klasycznie skrojonej powieści. W momencie, w którym przymiarka do jakiejś życiowej roli kończy się fiaskiem, plajtuje też powieść, do której przymierza się wciąż narrator. Cała ta nerwowa chaotyczność, ta sztuczność, pogmatwanie narracji, mają obrazować duchową szamotaninę narratora. Koniec szamotaniny wiąże się z rozpadem pewnej formy. Nie cierpię takich dobrze skrojonych, gładkich opowieści o pustce i rozpadzie, jakimi raczy nas na przykład Stasiuk. Widzę w nich gest estetyzacji tego, co podkulturowe, niejasne, mroczne.

 

Muszę teraz zapytać o Samoobsługę. To był rok ’97, twój debiut i to był debiut znaczący.
- Dla mnie – tak.

 

Przecież nie było tak, że byłeś tylko jednym z wielu, którzy zapowiadali się (przede wszystkim sami siebie) na poetów – tomik (bo debiutowałeś jako poeta) w roku, w którym rozpocząłeś studia – ja zresztą też…
- W jedynej sensownej recenzji Samoobsługi Karol Maliszewski pisał, że jest to przymierzalnia rozmaitych form lirycznych, różnych sposobów widzenia świata, różnych pomysłów na literaturę. Napisał, że wchodzę do hipermarketu zwanego literaturą i poruszam się po nim jak sprawny konsument. Ale w tym wszystkim dostrzega nadmierną łatwość, gładkość, żadnego załamania głosu i boi się, żebym nie poszedł w celebrowanie literackości.

 

I udało ci się jej uniknąć?
- Nie, właśnie celebrowałem literackość – choćby w Szmermelach... Skupiałem się na szeleście literackich opakowań. Ta diagnoza jest dość trafna – przymierzalnia różnych form. Dlatego tutaj nawiązałem do Samoobsługi…

 

Jerzy pisze o Samoobsłudze w Przymierzalni, że zszywał tam zdania, ale – w nich go nie było. A teraz nie może siebie od siebie odczepić, dokąd pójdzie, tam siebie za sobą wlecze. Czyli, że tym razem jest „w”, nie jest to tekst pusty. Ale – jest ten Jerzy czy go nie ma?
- To jest to rozpaczliwe pytanie, które podjąłem już na bardziej prywatnym gruncie w Grawitacjach. Pytanie jest bardzo moje, ale brak odpowiedzi nie do końca mój. Zgodzisz się, że w Grawitacjach zasugerowałem możliwość wyjścia z takiego ciasnego układu, w którym można się tylko szamotać. A wyjść z niego trzeba, inaczej pozostaje zaszamotać się na śmierć, skończyć u stóp krzyża albo palnąć sobie w łeb.

 

Nie ukrywam, że wybieram Grawitacje w zestawieniu z Przymierzalnią
- To dobrze, ktoś mi powiedział, że zawsze ostatnia książka powinna być tą najlepszą…

 

a to dlatego, że tu pękła skóra, ten worek foliowy, w którym Jurek jest szczelnie zamknięty i który oddziela go od świata – bo nie jest zamknięty tylko w worku skóry, w ciele, ale dodatkowo zawinięty w nakierowanie na siebie.
- Jest od początku zafoliowany.

 

Tak – i oklejony hologramem, by naruszenie było widoczne. Mam problem z Przymierzalnia, że odbieram ją jako samowystarczalna i nakierowaną na siebie. Jurek nakierowany na siebie nakierowuje też swój tekst na siebie, jest autotematyczny i przez to łapię się na tym, że nagle mówię: ale co tu po mnie? Co mam tu robić? Wszystko gra beze mnie. Ale – mogę też z nim robić wszystko przy jednocześnie utrzymywanym podejrzeniu, że nie robię nic. Ta naskórkowość działa dwojako: albo wywołuje miejsce dla mnie, bo dostaję tylko ubranie, kostium, pusty wewnątrz, mogę wejść do środka i się zagnieździć, albo czuję, że zestrój tekstu jest tak dokładny, że mogę tylko powiedzieć: doskonałe i pójść do domu.
- Mam nadzieję, że jednak jest to gościnny tekst, że zaprasza do środka, do jakiejś zabawy, do jakiejś gry. Stawka tej gry, cóż, jest większa niż życie… Jurek proponuje naskórkową wizję świata, który w kolejnych przekrojach ukazuje tylko swoje fasadowe oblicze. Kiedy próbuje znaleźć panaceum na swoja chorobę w naturze, to wybiera się na wycieczkę, ale tym samym staje się od razu jakby pielgrzymem, jakby turystą, i wchodzi w kolejne role, zauważa natychmiast, że droga jest oznakowana, że prowadzi się go za rękę, że nic nie jest takim, jakim powinno być, i tak dalej, tak to trwa, i końca temu nie widać.

 

Takim największym odkryciem polekturowym Przymierzalni jest to, do czego nie chcemy przyznać się na co dzień. Największym wyczynem jest dotknięcie naskórka. Tam, pod spodem, jest albo nie ma tego wielkiego czegoś, czego się spodziewamy. Moje oczekiwania i fantazmaty są wspaniałe, mogę w swoje uwierzyć, jeśli jestem wystarczająco sugestywna. I pożyć w tym wyobrażeniu, i poczuć się doskonale. Ale jedynym, co prawdziwe, jest - skóra i na niej się zatrzymuję. Mogę powiedzieć, że to płaskie, cienkie i powierzchowne, ale to jest całe możliwe odkrycie egzystencjalne: spróbuj dotknąć i posmakować tego, na czym możesz się oprzeć
- Jurek tego waśnie nie potrafi. Dlatego cierpi na obcość, ma obsesję sztuczności, niezupełności, niewystarczalności. W pierwszych rozdziałach, takich dość onirycznych, podejmuje rodzaj mistycznej podróży w głąb. Wyspa, na którą trafia, niby jest jednym ze znanych miejsc turystycznych, ale właściwie to twierdza wewnętrzna. Ale tam, w tej mitycznej, archetypicznej przestrzeni, znowu ma do czynienia jedynie z własnymi fantazmatami, wywiedzionymi wprost z poprzednich rozdziałów. Nie napotyka niczego nowego, nie dotyka żadnej tajemnicy.

 

Potworność zderzania się pustego, nieistniejącego Jurka z – sobą. Dokąd się nie zwrócę, tam najstraszniejsza twarz – moja.
- Ale przyznasz, że on lubuje się we własnej sardoniczności, że znajduje przyjemność w szyderstwie i krytyce. Pióro napełnia tylko jadem. To mu daje władzę i iluzoryczną pewność, że w momencie destrukcji jest panem i władcą. Tak naprawdę spełnia się tylko w chwili, w której podłoży mały ładunek, zrobi jakąś małą dywersję. To się odbija w samej narracji, która jest migotliwa, wielostylowa, dość parodystyczna, spełnia się z zmianach tonu, przeskokach i nieciągłościach.

 

Skoro mówisz o dywersji, to wrócimy do Grawitacji, które są książką późniejszą, choć ukazały się wcześniej. To tam zamieściłeś list do wydawcy objaśniający intencje Przymierzalni. Dywersja – to jest słowo, które powinno się wyświetlić po haśle „przymierzalnia”? W co uderzasz tym tekstem?
- Dywersji oddaje się z upodobaniem narrator. Wysadza w powietrze rozmaite wizje świata, podminowuje wielkie problemy filozoficzne. W słowie „dywersja” czai się też jakaś złowróżbna podwójność, jakieś rozdwojenie, dwuwersyjność, konfrontacja „ja” z jakimś „nie-ja”. Ciągłe poczucie nietożsamości, przekonanie, że jest się poza sobą, że jest się gdzie indziej, że życie jest gdzie indziej.

 

Zbliżamy się do końca rozmowy, więc mogę w końcu zadać pytanie, od którego miałam ją zacząć. O czym milczysz w tej książce?
- Milczę o tym, o czym piszę w Grawitacjach. Tam też są próby dywersji, ale całość wieńczy wzruszenie ramion. Redaktor Przymierzalni stwierdził słusznie, że to książka bardzo modernistyczna przez szamotaninę w kręgu nierozwiązywalnych dylematów, aporii poznawczych i tożsamościowych. Milczę w niej o tym, że życie nie jest projektem. Robi się to i owo, ale tak zwane korzenie w tak zwanym bycie zapuszcza się byle jak, mechanicznie, na oślep, wespół z innymi; i przeczy się na każdym kroku metaforom, w które się wierzy. Życie podmywa nasze kategoryzacje, hierarchie, konstrukcje. Jeśli nie ma się ani krztyny ufności do tego żywiołu, a nie ma jej narrator Przymierzalni, to jest się skazanym na spektakularną porażkę.

 

Samobójstwo Jurka można zobaczyć jako zakamuflowana kapitulację samowystarczalnego projektu bycia w świecie przyglądającego się, wystawiającego, ale tylko z dystansu. To rozdarcie skóry jest wyjściem ku nieobliczalnemu światu innych.
- To nawet nie wyjście – to śmierć, czyli bezwyjściowość.

 

Ale jeśli tylko przejdzie mi przez myśl, że dać się innym wyjąć z siebie to nie jest kapitulacja, to nie jest upokarzająca klęska, ale – wręcz przeciwnie, jest to szansa na zdarzenie. Tak chciałabym - w kontekście Grawitacji – rozumieć Przymierzalnię, jako śmierć pewnego zestawu ubrań.
- Jako zamkniecie kolekcji? Może i tak? Coś w tym jest. Równocześnie nie tracę nadziei, że ktoś wejdzie do tej mojej przymierzalni, rozbierze się i w lustrze zamajaczy mu, choćby przez chwilę, jego własna nagość. Grześ Jankowicz napisał taką humorystyczną notkę do książki (wspólnie z Łukaszem Maraszkiem – obaj lokatorzy-seniorzy), która kończy się słowami: „Franczak obraca literaturę w palcach, przymierza ją do kilku znanych i kilku nieznanych ubrań, a potem subtelnie i precyzyjnie rozbiera ją i puszcza boso”. To mnie pociesza – że może literatura wygrywa na tej przebierance, że zyskuje więcej sexappealu. Że kiedy puszcza oko, jest to gest i przesmiewczy, i uwodzicielski.

› Znokautować sędziego. Z Jerzym Franczakiem o języku, „Grawitacjach” i „Przymierzalniach” rozmawia Zuzanna Skoczek: Mrówkojad 12/ 2007.

Znokautować sędziego. Z Jerzym Franczakiem o języku, „Grawitacjach” i „Przymierzalniach” rozmawia Zuzanna Skoczek, Mówkojad 12/ 2007

 

Zuzanna Skoczek: Pogrzebałeś poezję, ale został Ci specyficzny język – mnóstwo skojarzeń słownych, neologizmów; rozmyślnie wprowadzasz poetyczność w prozę? i czy, wedle zdania "Odpowiada mi wszystko, co nie jest do końca sobą, czyli od początku jest niczym", tworzysz "nic" ?
Jerzy Franczak: Nie pogrzebałem poezji, dopuściłem się tylko małego rytualnego mordu – na poecie, który był we mnie. A oznacza to mniej więcej tyle, że ostatni wiersz napisałem w ubiegłym stuleciu. Przede wszystkim trzeba oddzielić od poezji to, co nazwałeś „poetycznością”. Kiedyś Jarek Mikołajewski powiedział mi, że moje rozstanie z poezją to błąd i pójście na łatwiznę, bo proza jest prostsza, w pewnym sensie prostoduszna, a poezja jest sprawą języka. Otóż dla mnie – i nie jestem pod tym względem sam – proza też jest sprawą języka. I nie chodzi tu o jakąś awangardową przekorę – że pokojarzę wyrazy, połączę je w ekscentryczne pary, niech się sobie dziwują! Chodzi o rzecz absolutnie podstawową: o nieprzezroczystość języka, która łączy się sekretnie z nieprzejrzystością świata. Bo świat, jaki znam, jest niejasny i dziwnie pomieszany… a „pomieszany” znaczy „szalony”. Przygody słów, ich totalne błędy i drobne obłędy, to część naszego doświadczenia. Próbowanie się z nimi, naśmiewanie się z ich słabości, ćwiartowanie ich, nie wiem, osadzanie ich na tronie, rozbijanie układów – to wszystko próby prowokowania rzeczywistości, żeby odsłoniła się na jakieś okamgnienie. Stąd we wszystkim, co piszę, a w „Grawitacjach” chyba w szczególności, nie ma konsekwencji, nie ma jednej strategii; jest zmieniająca się taktyka, działania obronno-zaczepne i drobne utarczki słowne, prowadzone we wszystkich znanych mi językach.

 

Temu służy ta wielość stylów, ta hybrydyczność formy?
- Jasne! Przecież styl nie jest tylko opakowaniem, pudełkiem z kokardką, a forma nie jest listkiem figowym. Jeśli decydujesz się pisać tradycyjną powieść realistyczną, w trzeciej osobie, maksymalnie przezroczystym stylem, to przyjmujesz milcząco pewną wizję świata i rozumienie literatury. Ten świat jest racjonalny, urządzony hierarchicznie (mimo że czasem niesprawiedliwie), daje się poznać i opisać. Jeżeli natomiast piszesz przewrotne cacuszka w duchu twojego ukochanego Barthelme’a, to musisz chyba musisz założyć coś wręcz przeciwnego albo, co gorsza, nie zakładać niczego. Ja wybieram to ostatnie rozwiązanie, wybieram ciągły ruch; po trosze dlatego, że boję się skostnienia, a po trosze dlatego, że nie wierzę w żaden punkt archimedesowy. Wiesz, piszę o tym właśnie w „Grawitacjach”: że nie znajduję (i nawet nie szukam) oparcia w żadnym systemie, żadnej filozofii, ideologii, religii. Lubię te dyscypliny, te sporty grupowe, kibicuję jednym i wygrażam drugim, ale nie dałbym się zabić za żadne barwy klubowe. Co więcej, kiedy sam wchodzę na boisko, zdarza mi się z rozmysłem strzelić samobója albo znokautować sędziego! Wtedy co prawda czuję się jak wygrany, ale wszyscy są nagle przeciwko mnie, bo popsułem zabawę…

 

Nie przesadzaj, wszyscy ci kibicujemy! Właśnie, w "Grawitacjach" pojawia się plejada Lokatorów. To dla nich przeznaczona jest ta książka, czy są po prostu tłem – a jeśli tak, znaczącym czy nie?
- No wiesz? Moi przyjaciele, większość znajomych to Lokatorzy! To siłą rzeczy i adresaci „Grawitacji”, i ich bohaterowie. Zdaję sobie sprawę, że ich osoby są niekiedy dość instrumentalnie potraktowane: sprowadzone do jednego charakterystycznego rysu, do jednej anegdotki, pochłonięte i sponiewierane przez „wartki nurt opowieści” [śmiech]. Ale liczę na ich wyrozumiałość: taka jest cena tego rodzaju gry, gry w otwarte karty, że tak powiem. Chociaż to może zbyt górnolotne określenie, zważywszy, że karty są znaczone, a ja sam udaję prestidigitatora.

 

Wydanie "Grawitacji" zostało wsparte przez Ministerstwo Kultury w ramach Promocji Czytelnictwa - czy czytanie o perypetiach młodego literata może zachęcić do czytania w ogóle?
- Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to ani trochę. Ludzie nie czytają, bo nie jest im to potrzebne do szczęścia. Do szczęścia potrzebują Miss Polonia, Gali Piosenki Biesiadnej, seriali, sitcomów i plotek. Nie sądzę, żeby sięgnęli po „Grawitacje” i nie będę nad tym płakał. Ministerstwo działa na oślep i dziękuję Mu, że się tak szlachetnie pomyliło.

 

Dlaczego młodzi literaci piszą głównie o sobie?
- Nie wiem, skąd ta pewność – dlaczego niby piszą o sobie? Nie wydaje mi się, żeby takie prawo dało się sformułować. Piszą o swoim świecie, a to duża różnica. Często usuwają się przy tym w jego cień albo chowają się za podwójną ironiczną gardą. Poza tym drugi raz nazywasz mnie „młodym literatem”, a to się staje nieznośne! Ok., jestem „sympatycznym młodym człowiekiem”, ale z drugiej strony Aleksander Wielki, gdy był w moim wieku, właśnie podbijał Indie! Poza tym „Grawitacje” przyszły na świat tuż po narodzinach mojej córki. Wzięły się z zamętu w mojej opowieści o świecie i o sobie samym. Są, chyba dość desperacką, próbą zdystansowania się do własnej kondycji, stąd tyle w nich ironii, a nawet agresji, ale są też próbą wyjścia poza ironię, próbą negacji negacji. Mało w nich, jak sądzę, prawdziwego egotyzmu, dużo natomiast różnych póz, w których najlepiej wyraża się moja naturalność.

 

Czy w takim razie uważasz "Grawitacje" za formę autobiografii? Wewnętrzny Fuhrer zwyciężył?
- Nawiązujesz do tego fragmentu, poczekaj, zaraz go znajdę… „We mnie jest taki Führer, który wrzeszczy: - Jeden świat! Jeden Jurek! Jeden utwór! Nienawidzę go, konspiruję przeciw niemu, urządzam zamachy i zabijam go, przejmuję władzę i kończę jego przerwany wpół okrzyk… aż ktoś, jakiś inny ja, dotąd zakonspirowany, zajmie moje miejsce…”. Tutaj chodzi o nadzieję, że to, co porozbijane, ułoży się w całość: o nadzieję, z której się natrząsam, której się z premedytacją wyzbywam, a która i tak powraca w różnych przebraniach. Wykopana drzwiami życia, wraca oknem „Grawitacji” – coś w tym stylu. Przy czym całość nie jest formą autobiografii. Co prawda udział faktów jest duży, przeważający… Powiedziałbym nawet, że fakty mają pakiet strategiczny, czyli ponad połowę akcji, zmyślenie musi się więc dostosować… Niemniej, nie ma tu porządku biografii – przecież to by było strasznie nudne! – jest porządek refleksji, albo nieporządek, nie wiem. Moje pisanie ma charakter eseistyczny, to znaczy cechuje je niegotowość myśli, badanie całości poprzez detale, zgoda na brak ostatecznych rozwiązań. Mój wydawca, Marcin Czerwiński, nazywał tę rzecz uparcie „powieścią”. Ja sam, pytany o to podczas spotkań autorskich we Wrocławiu – zresztą tutaj, w Lokatorze, też – odpowiadam, że książka przynależy do nowego gatunku, zwanego grawitacjami. Innymi słowy, tytułowa metafora nie odsyła tylko do wizji świata, w którym jest dużo różnych pól grawitacyjnych i który poddany jest różnym relatywizmom – to także nazwa samozwrotna. Kolejne rozdziały mają swoje myślowe ośrodki, takie jak nieprzezroczystość języka, zdawkowość relacji międzyludzkich, potrzeba sensu: to takie ośrodki ciężkości, wokół których wirują, wolniej lub szybciej, bardzo różnorodne okruchy: refleksje, niby-dziennikowe zapisy, anegdoty, wspomnienia, świadectwa lektur, fragmenty powieści, fabulacje…

 

Tego ostatniego, to znaczy fikcji powieściowej, nie znajduję zbyt wiele… Następną swoją powieść, "Przymierzalnię", określasz jako opis bycia sobą, które okazuje sie zgrywą. Mamy spodziewać sie jakiegoś odkrycia ludzkiej natury?
- „Przymierzalnia” jest chronologicznie wcześniejsza: zacząłem ją w 2002 w La Rochelle, nad Atlantykiem, a skończyłem rok później w Turcji i na Bałkanach… Nie będę teraz o niej opowiadał, ale – no właśnie, posłuchaj chociażby tego, co w tej chwili powiedziałem: to sama prawda, a brzmi jak zgrywa, albo jakaś poza. Więc kim jestem: światowcem? podróżnikiem? wakacyjnym pisarzem? zwykłym pozerem? To jedna z nici przewodnich „Przymierzalni”. To też jedno z pytań, do których ciągle wracam, bez względu na to, co myślę o „naturze ludzkiej”… A myślę o niej albo bardzo źle, albo wcale – w przekonaniu, że nie ma czegoś takiego.

 

Czy literatura może być w ogóle zrozumiała, skoro "wspólny jest tylko bezsensowny, nic nie znaczący, niezrozumiały bełkot"?
- No nie, cytujesz jedno zdanie jak aforyzm, jak jakąś franczakową prawdę objawioną, a całą tę książkę określa mówienie na wyrost, mówienie za bardzo, naciąganie i gra na efekt. Stąd te wszystkie wybujałości stylistyczne, rozmaite przesadnie, przestawne szyki, powtórzenia, neologizmy… Poza tym wszelkie myślenie jest tutaj słabe, jakby warunkowe, sytuacyjne: to zdanie akurat padło a propos wizyty na festiwalu literackim w Paryżu, gdzie rzeczywiście nikt z nikim nie mógł się dogadać. Ale równie dobrze wyobrażam sobie taki fragment – do napisania dziś wieczorem: „W Lokatorze Zuza Skoczek przepytywała mnie na okoliczność Grawitacji. Mówiła mądrze i pięknie, i odkryłem, że wspólna nam jest ta sensowna, wszystkoznacząca, zrozumiała mowa”.

 

Mam wrażenie, że brzmi to trochę ironicznie… Ale trudno, powiedz, czy to znaczy, że piszesz ciąg dalszy?
- „Grawitacje” są projektem otwartym. Czuję, że trudno mi się będzie od niego odciąć. Poza tym ciąg dalszy wpisany jest w tę książkę – jego zalążki można znaleźć w różnych przemilczeniach, zaniechaniach… Ale w tej chwili piszę coś zupełnie innego. Zresztą, przemilczmy resztę, chciałbym być trochę zagadkowy na koniec…

 

Ok., niech ci będzie… Dzięki za rozmowę!